Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 sierpnia 2014

Robię kardio, wiszę na linach, wyciskam na klatę

Na krótko przed zawieszeniem bloga trochę przytyłam. I rozpoczęłam walkę z kilogramami. Przez dwa miesiące byłam na diecie, poza tym zaczęłam ćwiczyć. Robiłam "Skalpel" Ewy Chodakowskiej. W zasadzie to moje utycie całkiem nieźle wpisało się w modę. Bo teraz wszyscy ćwiczą i uważam, że to świetne. A jeżeli Ty zastanawiasz się czy warto, to zapraszam Cię do przeczytania poniższego tekstu. Może Cię zmotywuje?
I nie martw się, w dzisiejszym poście nie będę się jarać i twierdzić, że ćwiczenie TO NAJLEPSZA I NAJWAŻNIEJSZA rzecz na świecie. Bo tak nie jest. Do ćwiczenia trzeba dojrzeć i ja jestem tego najlepszym przykładem. Piszę o tym, bo to lubię i jest to teraz ważna część mojego życia.

Źródło

wtorek, 16 lipca 2013

O ciężarze sadełka, cz. II - ćwiczenia

Było już o diecie, więc dziś kilka słów o sporcie, treningach i tym podobnych. 
Zacznę od tego, że sport zawsze w miarę lubiłam, ale jedynie wybiórczo. :) Bez końca mogłabym pływać, jeździć na nartach, rowerze, czy rolkach, grać w siatkówkę bądź chodzić po górach. W miarę pasowała mi też gimnastyka i piłka ręczna. Z drugiej strony zawsze szczerą nienawiścią darzyłam lekkoatletykę jako całość, oraz koszykówkę i dlatego w podstawówce jedyną oceną, która odstawała na moim świadectwie od reszty, była właśnie nota z wuefu. Nigdy jakoś przesadnie się tym nie przejmowałam, ale kiedy po raz kolejny otrzymywałam 2 punkty na 6 możliwych (tak, mieliśmy właśnie taki system ;P), ponieważ mimo najszczerszych chęci nie dałam rady rzucić palantówką odległości wymaganej na 3, 4 bądź 5 punktów, moje uczucia do tego przedmiotu znacznie się ochłodziły. Do dziś nie rozumiem jaki jest sens ma wymaganie od każdego dziecka określonych odległości, prędkości, etc. Przecież każdy ma inne zdolności. Uważam, że w podstawówce powinno nauczyć się uczniów, że sport to zdrowie i przyjemność, że można uprawiać go w najróżniejszych formach i należy szukać tej, która odpowiada nam najbardziej. Dodam jeszcze, że po ukończeniu podstawówki do samego końca swojej edukacji na różnych szczeblach, z WF miałam piątkę, więc najwyraźniej nie byłam aż taką łamagą. :)


Około pięciu lat temu zaczęły pobolewać mnie kolana. Początkowo od czasu do czasu, później niemal ciągle. Zgłosiłam się do lekarza, ten z poprawną diagnozą wysłał mnie do rehabilitanta i to był strzał w dziesiątkę! Jeżeli macie jakieś problemy ortopedyczne, klinika, w której się leczyłam jest naprawdę godna polecenia z kilku powodów. Po pierwsze, pracującym tam osobom naprawdę zależy (czasem mam wrażenie, że bardziej, niż mnie ;)). Po drugie, wszystkie proponowane przez nich ćwiczenia, można wykonać w domu, ponieważ nie wymagają posiadania specjalistycznego sprzętu. Przez niemal dwa lata ćwiczeń zakupiłam tylko piłkę i kółko do pilatesu. Po trzecie, mój rehabilitant oprócz zaprezentowania mi ćwiczeń, które mają pomóc konkretnie na mój problem, nauczył mnie jak wykonywać inne aktywności, by mi nie szkodziły. Mimo tego istnieje sporo ćwiczeń, których wykonywać nie mogę. Należy do nich niestety bieganie, co bardzo mnie boli, bo jest to chyba sport, który najłatwiej zacząć uprawiać, bez wydawania pieniędzy na specjalistyczny sprzęt, czy karnet (oczywiście początkowo). A poza tym biegacze mają takie ładne sylwetki! Ich mięśnie są długie, a oni - po prost zgrabni.


Jak zwykle potężnie odeszłam od tematu, ale już tak niestety mam - nie robię niczego bez starannego nakreślenia tła. :) Przez ostatni rok siedziałam w domu i się uczyłam, z domu wychodziłam rzadko, bo miałam co robić. Wcześniej, ćwiczeniami "naprawiłam" sobie kolana na tyle, że zrezygnowałam z codziennych treningów, więc nie robiłam praktycznie nic. 1 czerwca zaczęłam ćwiczyć z Ewą Chodakowską. Jako kompletny flaczek zaczęłam od Skalpela. Ćwiczę trzy dni, robię dzień przerwy i znów trzy dni. Na dzień dzisiejszy jestem po około 30 treningach i zaczęty program nieco mnie już nudzi. Kusi mnie Turbo Spalanie, ale obawiam się, że póki co mogłabym nie wytrzymać tego kondycyjnie, a takie porażki strasznie mnie demotywują. Zacznę go chyba 1 sierpnia. Efekty Skalpela zobaczyłam bardzo szybko. Ponieważ zawsze miałam dobrze wyćwiczony brzuch (moje mordercze serie brzuszków zarzuciłam 1 października 2012, ponieważ potwornie bolał mnie od nich kręgosłup; robiłam ich 360 na dzień), pierwsze efekty zobaczyłam właśnie na nim i to już po około 5 treningach. Dziś, mimo że mam jeszcze zdecydowanie zbyt dużo kilogramów, mój brzuch wygląda w zasadzie OK.  Oprócz brzucha zauważyłam, że powoli zaczęła mi także maleć pupa i uda - moje dwie najgorsze strefy. Zdecydowanie mniejsze efekty widzę na rękach. Oczywiście zmalał mi też biust (póki co o niepełny rozmiar), ale mnie to akurat pasuje. :) Poza tym mam znacznie mniej celullitisu.


Oprócz Chodakowskiej, zaczęłam też regularnie chodzić na basen. Planuję uczęszczać na pływalnię co najmniej raz w tygodniu. Jest to z pewnością moja ulubiona forma spalania kalorii. Jeżeli chodzę na basen w dzień, w którym nie trenowałam z Ewką, przepływam kilometr.
Wczoraj stałam się szczęśliwą posiadaczką rolek! Póki co nie miałam okazji ich wypróbować, ale już niedługo planuję to nadrobić. Oby pogoda się poprawiła i mi to umożliwiła. ;)
Aktualny plan moich treningów wygląda więc tak: dwa dni Skalpela z Ewką, trzeciego dnia basen, czwartego dnia wolne, piątego i szóstego - jeszcze trochę Skalpela, a siódmego - rolki. Oczywiście plan ten będzie modyfikowany w zależności od pogody i stanu ducha, ale założenie jest takie, by "robić coś" sześć razy w tygodniu.

A Wy robicie coś? :)

sobota, 6 lipca 2013

O ciężarze sadełka - cz.1 - dieta

Na wstępie chciałam zaznaczyć, że ta notatka nie powstała bynajmniej w celu dzielenia się moją olbrzymią wiedzą na temat odżywiania, ponieważ wiedzy takowej nie posiadam. Napisałam ją, bo postanowiłam wziąć się za siebie, o czym wspominałam na blogu. W tej chwili jest mi potrzebna każda ilość motywacji, więc jeżeli za pośrednictwem bloga mogę dotrzeć do innych odchudzających się dziewczyn to głupotą byłoby nie spróbować. Proszę o zrozumienie - w kwestii odżywiania jestem laikiem, który stara się czegoś mądrego dowiedzieć i wprowadzić. 

Ostatnio rozpoczęłam na blogu cykl dotyczący odchudzania. Chciałabym dziś do niego wrócić i w niniejszej notce zawrzeć kilka informacji na temat mojej diety. Podobno w walce o piękną sylwetkę (niezależnie od tego, czy chodzi o kobietę, która chce przytyć, czy o mężczyznę, który chce nabrać masy) 70% sukcesu leży w właściwej diecie, a jedynie 30% - w ćwiczeniach. O tym jak prawdziwe są te słowa przekonałam się na własnej skórze - kiedy 1 czerwca rozpoczęłam treningi nie zmieniłam diety. Na efekty nie trzeba było długo czekać - po trzech tygodniach ćwiczeń, mimo pierwszych efektów wizualnych, waga pokazywała o 3 kilo więcej niż na początku. Nie muszę chyba mówić jak negatywnie wpłynęło to na moją motywację? :) Uznałam zatem, że skoro każdy trening kosztuje mnie tyle wysiłku, muszę coś zrobić z moją dietą, bo w przeciwnym wypadku wylewanie siódmych potów jest bezcelowe. 


I tak - w zeszły poniedziałek - wzięłam się za to. Od początku moim głównym założeniem było wyrobienie i utrwalenie sobie właściwych nawyków żywieniowych, a nie stosowanie diety cud, która owszem zbije wagę, ale zafunduje mi również piękny efekt jo-jo. Zaczęłam od tego, że ustaliłam sobie stałe godziny, w których spożywam przykazane przez dietetyków 5 posiłków dziennie. Śniadanie jem między 8 a 9 rano, około 11 wsuwam drugie śniadanie, między 13, a 15 staram się zjeść obiad, około 17 przypada pora podwieczorku, a najpóźniej o 19 zjadam kolację. Wiem, że pora kolacji może niektórym wydawać się zbyt późna, ale chodzę spać około 1 w nocy, więc i tak wychodzi 6 godzin przed spaniem.
Drugim ważnym założeniem było częściowe lub całkowite wyeliminowanie określonych grup produktów. Całkowicie pożegnałam się więc ze słonymi przekąskami oraz węglowodanami w postaci chleba i ziemniaków. Do minimum ograniczyłam słodycze (maksymalnie 1 sztuka - ciastko, czy cukierek - dziennie. Przez większość dni udaje mi się z nich zrezygnować) i makaron. Póki co zrezygnowałam też z czerwonego mięsa, ale jest to sytuacja tymczasowa - kiedy zakończę pierwszy etap odchudzania zamierzam jadać je co najmniej raz w tygodniu. Ponadto znacznie ograniczyłam alkohol - póki co (pośrednio z powodu przyjmowania leków na alergię ;)) nie przyjmuję go wcale, kiedy moja sylwetka będzie wyglądać nieco lepiej na pewno nie odmówię sobie kieliszka wina od czasu do czasu.

Źródło zdjęcia

Co zatem jem? Przede wszystkim bardzo dużo nabiału - uwielbiam mleko w każdej postaci, mimo że wiem, że podobno zbyt duże jego spożycie nie działa korzystnie na organizm dorosłego. W tej kategorii mieszczą się oczywiście także jogurty, których ostatnio pochłaniam mnóstwo. Jeżeli chodzi o dania obiadowe to króluje u mnie kurczak, ryby i owoce morza. Staram się zachować między nimi równowagę. Poza tym spożywam ostatnio ogromne ilości warzyw, owoców, orzechów, otrąb i płatków zbożowych. Ostatnio - naczytawszy się o jego pozytywnych właściwościach - zdecydowałam się zakupić nawet serek tofu. Po pierwszym obiedzie z jego udziałem, myślę, że będę w stanie dołączyć go na stałe do swojej diety.
Jeżeli chodzi o napoje to piję wyłącznie wodę i zieloną herbatę. Tej pierwszej około 2-2,5 litra dziennie, herbaty około 2-3 szklanek. "Piję" w ten sposób od dłuższego czasu i służy mi to, więc przynajmniej w kwestii napojów obyło się bez ograniczeń. :)
Mój przykładowy jadłospis wygląda tak: 
śniadanie: płatki zbożowe z mlekiem (nie jestem w stanie z tego zrezygnować ;))
drugie śniadanie: 2-3 wafle ryżowe z serkiem do smarowania
obiad: pieczony łosoś z dużą ilością gotowanej marchewki
podwieczorek: banan
kolacja: jogurt naturalny z muesli, orzechami i suszonymi owocami.


Wiem, że gotowana marchewka, banan, czy łosoś nie są najmniej kaloryczne, ale mnie przede wszystkim chodzi o nieco zdrowsze odżywianie się, a nie chudnięcie w trybie ekspresowym.
Jak dotąd idzie mi całkiem nieźle. Od kiedy zaczęłam, nie było dnia, żebym złamała swoją dietę, podjadała, czy najadała się na noc. Jak sobie radzę? Po pierwsze nie wyrzuciłam z jadłospisu tego, co lubię na rzecz wyłącznie niskokalorycznego jedzenia. Porcja gotowanej marchewki, czy deser z koroną zamiast jogurtu sprawiają, że dużo łatwiej mi wytrzymać bez słodyczy. Po drugie - od czasu do czasu pozwalam sobie na nagrodę. Choćby przyzwolenie na jeden słodycz dziennie sprawia, że w dni, w które nie dam rady się powstrzymać, nie czuję demotywujących mnie wyrzutów sumienia, ale mówię sobie: "dobra, to twoja porcja słodkości na dziś, a teraz wracamy do trenowania silnej woli". Trzecią rzeczą, którą mi pomaga są niekorzystne zdjęcia sprzed okresu ćwiczeń i diety. Nie podobam się sobie na nich, więc czasem jedno spojrzenie wystarczy, żebym straciła apetyt. ;)


A jeżeli chodzi o efekty to myślę, że mam się czym pochwalić. Od zeszłego poniedziałku, a więc przez ostatnich 12 dni ubyło mi 1,5 kg. Wiem, że nie jest to efekt jaki daje dieta-cud, ale w przeciwieństwie do niej, powyższe zasady mają szansę stać się sposobem odżywiania, który będę stosować na codzień, bez trudu i z przyjemnością, dla dobrego samopoczucia, a nie z chęci schudnięcia.

Podzielcie się swoimi zmaganiami z dietą - co jecie, czego nie, a co przychodzi Wam najtrudniej! :) Damy radę! :)


sobota, 22 czerwca 2013

O ciężarze sadełka i próbach jego zrzucenia

Przez większość życia miałam to szczęście, że byłam względnie szczupła sama z siebie, z natury. Zaledwie odrobina samodyscypliny (choć trudno tu mówić o czymś takim, u mnie miało miejsce raczej nieregularne i totalnie niehigieniczne jedzenie) pozwalała mi zachować zgrabną sylwetkę.


Jednak niezależnie od tego co robiłam i jak mało ważyłam, nigdy, przenigdy nie mogłam zmniejszyć rozmiaru mojego brzucha. Mój Wąż stwierdził kiedyś, że mam figurę bobasa i jest to dość dobre podsumowanie - mój brzuch zawsze wystaje. Właśnie dlatego około trzech lat temu zabrałam się za robienie brzuszków. Robiłam je przez dwa i pół roku, doszłam do 360 dziennie i... musiałam zarzucić, bo strasznie bolały mnie od nich plecy. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęły się problemy z kolanami, które sprawiły, że pojawiło się wiele ćwiczeń, których nie byłam w stanie robić. Oprócz tego rzuciłam palenie i odstawiłam antykoncepcję hormonalną. I tak się obudziłam na początku czerwca o 10 kilo grubsza. Postanowiłam wziąć się za siebie! Od pierwszego czerwca ćwiczę z Chodakowską (póki co Skalpel, niedługo zamierzam coś do tego dołożyć) i staram się wykonywać jakąś dodatkową aktywność (pływanie, spacer itp). Od poniedziałku próbuję dołączać do tego dietę. Idzie mi ciężko, ale się nie zrażam. Póki co staram się wprowadzić zasadę pięciu posiłków dziennie. Oprócz tego staram się nie jeść słodyczy i słonych przekąsek, a jednego dnia tygodnia całkowicie z nich rezygnuję (wiem, że to malutki kroczek, ale od czegoś trzeba zacząć, próby rzucenia się "na głęboką wodę" u mnie nie działają ;)). Udało mi się też odstawić chipsy i paluszki.


Po co to piszę? Bo przyda mi się każda dawka motywacji. Mam nadzieję, że uda się tu stworzyć mini-wątek dla innych osób odchudzających się tak, byśmy mogły się nawzajem wspierać, wyżalać, doradzać itp. Będę się starała zdawać co jakiś czas raport z moich postępów. Póki co będę podawać tylko różnice w liczbach, bez konkretnych wartości i zdjęć. Jak uda mi się zejść do wymarzonego rozmiaru, pojawią się konkrety. 


Podzielcie się swoimi doświadczeniami, piszcie czy ćwiczycie, stosujecie diety, a jeśli tak - to co konkretnie robicie. Mam nadzieję, że uda nam się tu stworzyć atmosferę będącą inspiracją dla wszystkich zaglądających. :) Do dzieła dziewczyny!


sobota, 23 lutego 2013

O postanowieniach związanych z powrotem do dawnego rozmiaru



Powyższy obrazek dość dobrze pokazuje moje próby zrzucenia kilku kilogramów, które trwają od kilku miesięcy. Ślub za pasem, a ja ciągle staram się schudnąć, a jestem coraz większa. Wszystko przez to, że robię to na pół gwizdka, jakoś zupełnie idiotycznie. Na przykład cały dzień jem świetnie, posiłki są sensowne, słodyczy udaje się unikać. Co z tego kiedy wieczorem z wilczym apetytem rzucam się na stosy pieczywa czosnkowego i zapijam je piwem (co jak co, ale do pieczywa piwo najlepsze :D). Oprócz tego przez to, że kolana mam chore wiele prostych i tanich ćwiczeń (BIEGANIE!!) jest dla mnie niedostępne. Oprócz tego rzuciłam palenie i, mimo iż wydaje mi się, że nie zajadam ich braku, najwidoczniej tak właśnie jest. Idiotyczny styl życia po raz kolejny sprawił, że próby dobrania wieczorowego stroju skończyły się chandrą i irytacją. Dlatego koniec!
Od jutra (nie od poniedziałku!!!) jem pięć posiłków dziennie, o stałych porach.
Rzucam na jakiś czas czerwone mięso.
Ryby, ryby, ryby! :P
Stosy owoców i warzyw.
Wyłącznie zdrowe przekąski (drugie śniadanie i podwieczorek).
Zmuszę narzeczonego, żeby w końcu naprawił mi rowerek.
I dużo spacerów. :)

Podzielcie się swoimi sprawdzonymi sposobami pozwalającymi utrzymać ciało w formie. Może któraś z Was zna jakiś sposób, który pozwala jeść wszystko i w dwa dni schudnąć do rozmiaru 34 (oczywiście żartuję :P)?



LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...