Na wstępie chciałam zaznaczyć, że ta notatka nie powstała bynajmniej w celu dzielenia się moją olbrzymią wiedzą na temat odżywiania, ponieważ wiedzy takowej nie posiadam. Napisałam ją, bo postanowiłam wziąć się za siebie, o czym wspominałam na blogu. W tej chwili jest mi potrzebna każda ilość motywacji, więc jeżeli za pośrednictwem bloga mogę dotrzeć do innych odchudzających się dziewczyn to głupotą byłoby nie spróbować. Proszę o zrozumienie - w kwestii odżywiania jestem laikiem, który stara się czegoś mądrego dowiedzieć i wprowadzić.
Ostatnio rozpoczęłam na blogu cykl dotyczący odchudzania. Chciałabym dziś do niego wrócić i w niniejszej notce zawrzeć kilka informacji na temat mojej diety. Podobno w walce o piękną sylwetkę (niezależnie od tego, czy chodzi o kobietę, która chce przytyć, czy o mężczyznę, który chce nabrać masy) 70% sukcesu leży w właściwej diecie, a jedynie 30% - w ćwiczeniach. O tym jak prawdziwe są te słowa przekonałam się na własnej skórze - kiedy 1 czerwca rozpoczęłam treningi nie zmieniłam diety. Na efekty nie trzeba było długo czekać - po trzech tygodniach ćwiczeń, mimo pierwszych efektów wizualnych, waga pokazywała o 3 kilo więcej niż na początku. Nie muszę chyba mówić jak negatywnie wpłynęło to na moją motywację? :) Uznałam zatem, że skoro każdy trening kosztuje mnie tyle wysiłku, muszę coś zrobić z moją dietą, bo w przeciwnym wypadku wylewanie siódmych potów jest bezcelowe.

I tak - w zeszły poniedziałek - wzięłam się za to. Od początku moim głównym założeniem było wyrobienie i utrwalenie sobie właściwych nawyków żywieniowych, a nie stosowanie diety cud, która owszem zbije wagę, ale zafunduje mi również piękny efekt jo-jo. Zaczęłam od tego, że ustaliłam sobie stałe godziny, w których spożywam przykazane przez dietetyków 5 posiłków dziennie. Śniadanie jem między 8 a 9 rano, około 11 wsuwam drugie śniadanie, między 13, a 15 staram się zjeść obiad, około 17 przypada pora podwieczorku, a najpóźniej o 19 zjadam kolację. Wiem, że pora kolacji może niektórym wydawać się zbyt późna, ale chodzę spać około 1 w nocy, więc i tak wychodzi 6 godzin przed spaniem.
Drugim ważnym założeniem było częściowe lub całkowite wyeliminowanie określonych grup produktów. Całkowicie pożegnałam się więc ze słonymi przekąskami oraz węglowodanami w postaci chleba i ziemniaków. Do minimum ograniczyłam słodycze (maksymalnie 1 sztuka - ciastko, czy cukierek - dziennie. Przez większość dni udaje mi się z nich zrezygnować) i makaron. Póki co zrezygnowałam też z czerwonego mięsa, ale jest to sytuacja tymczasowa - kiedy zakończę pierwszy etap odchudzania zamierzam jadać je co najmniej raz w tygodniu. Ponadto znacznie ograniczyłam alkohol - póki co (pośrednio z powodu przyjmowania leków na alergię ;)) nie przyjmuję go wcale, kiedy moja sylwetka będzie wyglądać nieco lepiej na pewno nie odmówię sobie kieliszka wina od czasu do czasu.
Źródło zdjęcia
Co zatem jem? Przede wszystkim bardzo dużo nabiału - uwielbiam mleko w każdej postaci, mimo że wiem, że podobno zbyt duże jego spożycie nie działa korzystnie na organizm dorosłego. W tej kategorii mieszczą się oczywiście także jogurty, których ostatnio pochłaniam mnóstwo. Jeżeli chodzi o dania obiadowe to króluje u mnie kurczak, ryby i owoce morza. Staram się zachować między nimi równowagę. Poza tym spożywam ostatnio ogromne ilości warzyw, owoców, orzechów, otrąb i płatków zbożowych. Ostatnio - naczytawszy się o jego pozytywnych właściwościach - zdecydowałam się zakupić nawet serek tofu. Po pierwszym obiedzie z jego udziałem, myślę, że będę w stanie dołączyć go na stałe do swojej diety.
Jeżeli chodzi o napoje to piję wyłącznie wodę i zieloną herbatę. Tej pierwszej około 2-2,5 litra dziennie, herbaty około 2-3 szklanek. "Piję" w ten sposób od dłuższego czasu i służy mi to, więc przynajmniej w kwestii napojów obyło się bez ograniczeń. :)
Mój przykładowy jadłospis wygląda tak:
śniadanie: płatki zbożowe z mlekiem (nie jestem w stanie z tego zrezygnować ;))
drugie śniadanie: 2-3 wafle ryżowe z serkiem do smarowania
obiad: pieczony łosoś z dużą ilością gotowanej marchewki
podwieczorek: banan
kolacja: jogurt naturalny z muesli, orzechami i suszonymi owocami.
Wiem, że gotowana marchewka, banan, czy łosoś nie są najmniej kaloryczne, ale mnie przede wszystkim chodzi o nieco zdrowsze odżywianie się, a nie chudnięcie w trybie ekspresowym.
Jak dotąd idzie mi całkiem nieźle. Od kiedy zaczęłam, nie było dnia, żebym złamała swoją dietę, podjadała, czy najadała się na noc. Jak sobie radzę? Po pierwsze nie wyrzuciłam z jadłospisu tego, co lubię na rzecz wyłącznie niskokalorycznego jedzenia. Porcja gotowanej marchewki, czy deser z koroną zamiast jogurtu sprawiają, że dużo łatwiej mi wytrzymać bez słodyczy. Po drugie - od czasu do czasu pozwalam sobie na nagrodę. Choćby przyzwolenie na jeden słodycz dziennie sprawia, że w dni, w które nie dam rady się powstrzymać, nie czuję demotywujących mnie wyrzutów sumienia, ale mówię sobie: "dobra, to twoja porcja słodkości na dziś, a teraz wracamy do trenowania silnej woli". Trzecią rzeczą, którą mi pomaga są niekorzystne zdjęcia sprzed okresu ćwiczeń i diety. Nie podobam się sobie na nich, więc czasem jedno spojrzenie wystarczy, żebym straciła apetyt. ;)

A jeżeli chodzi o efekty to myślę, że mam się czym pochwalić. Od zeszłego poniedziałku, a więc przez ostatnich 12 dni ubyło mi 1,5 kg. Wiem, że nie jest to efekt jaki daje dieta-cud, ale w przeciwieństwie do niej, powyższe zasady mają szansę stać się sposobem odżywiania, który będę stosować na codzień, bez trudu i z przyjemnością, dla dobrego samopoczucia, a nie z chęci schudnięcia.
Podzielcie się swoimi zmaganiami z dietą - co jecie, czego nie, a co przychodzi Wam najtrudniej! :) Damy radę! :)