Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bibułki matujące. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bibułki matujące. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 stycznia 2012

Inglot - bibułki matujące


Dziś opowiem Wam o bibułkach Inglota. Wzięłam je przy którejś okazji, żeby mieć porównanie do tych od Essence, o których pisałam tutaj.


Bibułki - podobnie jak większość kosmetyków Inglota - są zamknięte w estetycznym, eleganckim pudełeczku. Jest czarne i tak proste, jak tylko można sobie wymarzyć. Jest również niewielkie - zmieści się do najmniejszej nawet torebki, a nawet do kieszeni. 


Powyżej możecie przeczytać kilka informacji, które producent postanowił zamieścić na opakowaniu. Trochę tylko mnie dziwi, że na polskim produkcie brak informacji w języku polskim. W opakowaniu znajduje się 50 chusteczek. Cena - około 18 zł.
W środku pudełeczka znajduje się sprytny (a banalnie prosty w konstrukcji) mechanizm. Chodzi o to, że na ruchomej części znajduje się malutki kawałek taśmy klejącej, która "łapie" jedną bibułkę, tak, że otwierając, mamy ją podaną na tacy. ;) Wygląda to tak:


Bibułki są bardzo dziwne w dotyku. ;) Trudno jest mi je do czegoś porównać, materiał kompletnie nie sprawia wrażenia papieru, już bardziej czegoś takiego gumowego. ;) Są śliskie i "lejące". ;)
Bibułka wyjęta z opakowania jest biała, zaś po użyciu staje się przezroczysta. Domyślam się, że działa to tak: w zetknięciu z twarzą chusteczka odsącza z twarzy nadmiar sebum, możliwe, że nakładając na nią cienką warstewkę czegoś, co z owym sebum ma walczyć również po użyciu. 
A działają - rewelacyjnie. Świetnie matują twarz, jedna chusteczka spokojnie wystarczy na całą buzię. Używałam ich w Sylwestra i, mimo że sporo tańczyłam, poprawki przy ich użyciu konieczne były tylko raz. 


Podsumowując: bibułki Inglota świetnie spełniają swoje zadanie. Ja nie potrzebuję ich na codzień, ale na wielkie wyjścia na pewno będę miała je w torebce. ;)

Jestem koszmarnie zmęczona nauką, a sesja nawet się jeszcze nie zaczęła, dlatego nie dziwcie się, że blog prowadzony będzie mniej regularnie niż dotąd. Mam nadzieję, że uda mi się tak ogarnąć ze studiami, by nie odbiło się to na blogu, ale obiecać nie mogę. ;)

czwartek, 27 października 2011

Essence Sun Club - oil control paper

Firmę Essence odkryłam dosyć niedawno. Nie przeszkodziło mi to jednak stać się jej wielką fanką niemal od razu. Oczywiście, największa gratka to ich limitki - uwielbia je chyba każda dziewczyna, która miała do czynienia z tą firmą. Jednak produkty ze stałej oferty również są świetne.
Ten, o którym napiszę dzisiaj jest pewnie wielu z was doskonale znany. Ja już od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem jego kupna. Skoro, więc zobaczyłam go na półce, nie wahałam się ani chwili. A zatem - bibułki matujące.


Opakowanie jest świetne. Ładna szata graficzna i sprytny sposób "dozowania" bibułek. Do tego - na prawdę malutkie. Zmieści się do najmniejszej nawet kopertówki. 
Oto, co o bibułkach pisze producent (chciałam wkleić zdjęcie, ale wyszło mi jakoś nieostro):
Matujące bibułki sun club oil control paper
Matują skórę w kilka sekund absorbując wydzielane sebum, chronią skórę przed świeceniem i ułatwiają szybkie poprawki w ciągu dnia. Sposób użycia: przyłóż bibułkę w miejscu świecenia i delikatnie dociśnij dla uzyskania matowego efektu.


Z góry zaznaczam, że są to pierwsze bibułki w mojej karierze, więc nie mam porównania. Nie mam też zdjęć, by zaprezentować Wam działanie. Nawet zrobiłam kilka, ale nie było na nich widać olbrzymiej różnicy, ponieważ nie mam dużego problemu ze świeceniem się skóry. Podczas używania widzę różnicę, ale nie udało mi się oddać jej na zdjęciach.
Cóż mogę o nich powiedzieć? W mojej opinii świetnie spełniają swoje zadanie. Po ich użyciu, na policzkach, czole, brodzie i nosie nie ma ani śladu po nieprzyjemnej warstewce sebum. Skóra jest sucha i matowa. Podobny efekt uzyskalibyśmy oprószając skórę pudrem z tą różnicą, że nie nakładamy na nią kolejnych warstw. 
Kosmetyk nie ma za zadanie wpływać dodatkowo na naszą cerę, więc nie będę się na ten temat wypowiadała (bo nie wpływa, ale przecież jego zadanie jest inne ;)).


Na zdjęciu powyżej widzicie wielkość bibułki. Pudełeczko jest - jak się pewnie domyślacie - o połowę mniejsze, a więc na prawdę malutkie.
Podsumowując: wiem, że na tych jednych bibułkach nie pozostanę. Na pewno będę chciała spróbować innych, ale te, z czystym sumieniem, polecam!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...