Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sea of SPA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sea of SPA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 maja 2012

Sea of SPA Dead Sea Treatment - krem rozjaśniający



Dziś recenzja największego dziwaka, jakiego kiedykolwiek zdarzyło mi się używać. Krem na przebarwienia zamierzałam kupić już od jakiegoś czasu, ale coś mi z nim nie było po drodze, więc kiedy zobaczyłam go na półce sklepowej będąc na wakacjach, uznałam, że połączę przyjemne z pożytecznym i takiż właśnie suwenir sobie nabędę. Kosztował mnie jakoś koło 10 $, ale po pierwsze kupowałam go na strefie bezcłowej, a po drugie - opakowanie nie jest jakieś specjalnie fancy, uznałam zatem, że coś tam może być warty. Nie pomyliłam się, ale... po kolei. ;)


Najzabawniejsze jest to, że używając tego produktu działam w 100% na ślepo. ;) Na opakowaniu jest opis w języku angielskim, owszem, ale zaklejony nalepką w języku arabskim, po której zdarciu zbyt wielu informacji już przeczytać mi się nie udało. ;) W Internecie trafiam na produkty Sea of SPA, a jakże, jednakowoż tego akurat produktu znaleźć mi się nie udało. Także zasadniczo nie wiem jak działa, przynajmniej nie w teorii. Jeżeli jednak chodzi o praktykę to chętnie Wam o niej opowiem (choć też zastanawiam się po co - skoro nie mogę znaleźć go w Internecie, to domyślam się, że zamówienie będzie raczej trudne, co z kolei oznacza, że moja recenzja nie będzie przesadnie przydatna. Z drugiej strony jeżeli, któraś z Was kiedykolwiek będzie w Egipcie lub Izraelu, lub po prostu jakimś cudem trafi na niego to może i warto? ;)).


Dobra, dość przydługawych wstępów, do rzeczy. Napisałam, że produkt cudaczny i dziwny. Dlaczego? Ze względu na swoją szaloną konsystencję! Z czymś takim nie spotkałam się nigdy. Trudno będzie ją opisać, ale spróbuję. ;) Otóż krem zachowuje się... jakby był zepsuty. ;) Jest taki zbity i gęsty, jakby pokryty zewnętrzną powłoką, że zamiast od razu "wchodzić" w skórę przez chwilę po niej "jeździ" tak, że potrzeba krótkiego masażu, by go wmasować. Taki glut. :)
Zapach intensywny i bardzo specyficzny, ale w moim odczuciu przyjemny.
A co z działaniem? Otóż, kiedy już uda nam się wsmarować produkt, działanie... jest odczuwalne niemal od razu. Skóra zaczyna leciutko mrowić, ale nie w sposób niepokojący, czy nieprzyjemny, absolutnie... to raczej takie poczucie, że "coś się dzieje". Mija ono z resztą dość szybko. Następnie staje się miękka i doskonale nawilżona. Jeżeli chodzi o efekty długofalowe (i w zasadzie kluczowe jeżeli chodzi o przeznaczenie produktu) to i one są widoczne i to cieszy mnie najbardziej. Faktycznie zauważyłam, że wszelkie przebarwienia i zaczerwienienia zaczynają blaknąć w dosyć szybkim tempie. Ślady bo "nieprzyjaciołach", które u mnie goją się bardzo powoli (do całkowitego zniknięcia, nawet miesiąc) znikają już po dwóch dniach stosowania. Osobiście udało mi się także "naprawić" nieco popękane naczynka skrzydełek nosa. Nie mam widocznych blizn, więc nie wiem, czy i z tym produkt dałby sobie radę. 


Podsumowując: wiem, że ta recenzja jest średnio przydatna, bo i krem niespecjalnie dostępny, ale - gdyby kiedyś wpadł Wam w ręce - kupujcie, bo naprawdę działa, co w przypadku kremów wybielających/rozjaśniających wcale nie zdarza się zawsze. Cena jest niska, a efekty zauważalne, dlatego polecam!



LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...