Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do twarzy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 czerwca 2013

Orientana: krem do twarzy drzewo sandałowe&kurkuma


W tym wpisie wspomniałam po raz pierwszy o mojej najnowszej kosmetycznej miłości: firmie Orientana. Do przetestowania dostałam pięć produktów, z których cztery stały się moimi ulubieńcami. Mam ochotę na więcej i od kilku tygodni planuję zamówić jeszcze kilka rzeczy.
Tak czy siak, dziś rzecz będzie o kremie na dzień, który ma szansę stać się pierwszym od kilku lat, którego zużyję więcej, niż jedno opakowanie.


Produkt zamknięty jest w ładnym i poręcznym opakowaniu wykonanym z solidnego plastiku, któremu upadki zupełnie niestraszne. :) Jest ono zakręcane, a na wieczku znajduje się ładna etykietka zapewniająca o stuprocentowo naturalnym składzie. Czy jest taki naprawdę? Wklejam skład pobrany ze strony Orientany:
PEŁEN SKŁAD INCI: Aqua (woda), Butyrospermum Parkii Butter (masło shea), Theobroma cacao Seed Butter (masło kakaowe), Caprylic/Capric Triglyceride (z oleju kokosowego i glicerydu), Plant Glycerin, Helianthus Annuus Seed Oil (olej z ziaren słonecznika), Glyceryl Stearate , Stearic Acid (kwas stearynowy z wosku), Santalum Album Oil (olej z drzewa sandałowego), Curcuma Longa Root Extract (ekstrakt z kurumy), Isopropyl Myristate (roślinny), Glyceryl Caprylate (pozyskiwany z kokosa), Cethyl Alcohol, Citrus Grandis Seed Oil (olejek z pestek grejfruta), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (olejek z migdałów), Triticum Vulgare Germ Oil (olejek z kiełków pszenicy), Cl- 19140, Citric Acid (kwas cytrynowy), Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.

Nie rozumiem do końca tego składu. Na etykiecie jest napis 100% Nature, pełen skład jest przełożony z chemicznego na polski, zostają trzy niezidentyfikowane substancje. Po wrzuceniu ich w wyszukiwarkę pojawia się informacja, że są pochodzenia chemicznego. Barwnik, dwa konserwanty. Czy może ja źle to rozumiem i 100% Nature dopuszcza chemie w składzie? ;)
Mojej oceny to nie zmieni, nadal bardzo lubię ten krem, ale przyznam szczerze, że to odkrycie sprawiło, że straciłam nieco zaufania do firmy.


Krem ma interesującą, dosyć płynną konsystencję. Kojarzy mi się z bezą przed upieczeniem, czyli ubitymi białkami z dużą ilością cukru. Konsystencja ta sprawia, że kosmetyk jest absurdalnie wydajny, a przy tym wygodny w nakładaniu. Rozprowadza się bardzo gładko i szybko wnika w skórę sprawiając, że makijaż można nakładać na niego niemal od razu. Zapach może trochę irytować, ale ja szybko się do niego przyzwyczaiłam.
Jestem bardzo zadowolona z działania tego kosmetyku. Już w pierwszej chwili po nałożeniu odczuwalne jest rozluźnienie, nawilżenie i wygładzenie skóry. Radzi sobie nawet ze skórą szorstką, zmęczoną całonocną imprezą. Po użyciu kremu, buzia nie klei się, kosmetyk nie zostawia na niej nieprzyjemnej warstewki, która roluje się pod palcami. Produkt nie zapycha, nie powoduje trądziku (a przed jego stosowaniem, używałam wyłącznie kremów do cery tłustej i jej stan pozostał taki sam), ani zaskórników. Długotrwałe stosowanie sprawia, że skóra jest elatystyczna, miękka i wypoczęta.


Podsumowując: ten krem naprawdę przypadł mi do gustu. Jestem zadowolona z jego działania i prawdopodobnie zdecyduję się na kolejny słoiczek. Nawet wpadka ze składem nie jest w stanie wpłynąć na moją opinię. Polecam!


piątek, 8 lutego 2013

Eubiona - aloesowy krem na dzień


Jakiś czas temu odezwała się do mnie pani Wioletta prowadząca sklep z naturalnymi kosmetykami Pasaż Kosmetyczny. Znajdziecie tam naturalne kosmetyki posiadające naprawdę dobre składy. Oferta firmy zaciekawiła mnie do tego stopnia, że zdecydowałam się na współpracę mimo że pani Wioletta mogła wtedy zaproponować mi jedynie próbki. Szczęśliwie otrzymałam ich na tyle dużo, że po zsumowaniu wyszedł z nich praktycznie pełnowymiarowy produkt, dzięki czemu mogłam poddać krem normalnym testom i dziś napisać recenzję z czystym sumieniem. :)


Podchodziłam do tego kosmetyku dwa razy. Po raz pierwszy stosowałam go przez dwa tygodnie i zmuszona byłam odstawić, ponieważ na mojej twarzy pojawił się po prostu wysyp żywych trupów (znaczy nieprzyjaciół). Początkowo myślałam, że odpowiedzialny za to jest właśnie prezentowany dziś krem, dlatego niezbyt miałam ochotę podchodzić do niego po raz drugi. Obecnie stosuję go już od miesiąca i bardzo się cieszę, że zdecydowałam się dać mu drugą szansę, ponieważ ponowny wysyp się nie pojawił, a moja skóra jest w naprawdę dobrej formie. Zanim powiem Wam dokładnie jak się sprawy mają, zapraszam do obejrzenia składu:


Krem posiada przyjemną, bardzo lekką konsystencję i cudowny zapach przywodzący na myśl coca-colę (nie wiem czemu, ale często aloesowe kosmetyki pachną mi colą ;)). Jest bardzo wydajny, jedna saszetka o zawartości 5 ml wystarcza mi co najmniej na tydzień. Jedyną jego wadą jest fakt, że czasem, po nałożeniu, wydaje mi się jakby zamiast w całości się wchłonąć, mała część zasychała na twarzy. Jeżeli jednak nakłada się go oszczędnie (to dlatego jest taki wydajny!) wszystko jest ok, a twarz jest przyjemna w dotyku i odświeżona.
Te z Was, które regularnie czytają mojego bloga, wiedzą, że w zeszłym roku przez dosyć długi czas borykałam się z trądzikiem. Sytuację udało się opanować dopiero kiedy zaczęłam używać kompletu produktów Biodermy, m.in. tego kremu do twarzy. W jego recenzji pisałam, że niespecjalnie nawilża. Myślałam jednak, że albo rybki, albo akwarium - jak chcę pozbyć się trądziku, muszę się liczyć z tym, że krem nie będzie nawilżał, a wręcz należy się cieszyć, że nie wysusza. Tym niemniej podczas mojego drugiego podejścia do Eubiony zauważyłam, że połączenie tych dwóch cech jest możliwe. Jasne, wiem, że to nie jest krem przeciwtrądzikowy, ale albo mój problem trądzikowy rozwiązał się sam z siebie, albo Eubiona posiada jakieś właściwości, bo podczas stosowania nie zauważyłam żadnych negatywnych zmian na swojej cerze. Nieprzyjaciele się nie zdarzają, pory nie wyłażą, a do tego jest jeszcze efekt nawilżenia, skóra jest miękka i przyjemnie jędrna! Myślę, że kiedy wykończę próbki zdecyduję się na pełnowymiarowe opakowanie!


Podsumowując: krem na piątkę z plusem! Dobry skład, piękny zapach i doskonałe nawilżenie, a  przy tym pozytywne oddziaływanie na tematy okołotrądzikowe? Czego więcej chcieć? :)



sobota, 29 grudnia 2012

Synesis - krem ściągający z czystkiem, bratkiem & co



Dziś chciałam Wam pokazać jeden z ciekawszych kosmetyków, z jakimi miałam do czynienia. Jest to krem ściągający z czystkiem, bratkiem & co firmy Synesis. Zaraz na początku chciałabym zaznaczyć, że nazwa jest strasznie myląca. Kto chciałby, żeby krem ściągał mu twarz? Ja na pewno nie, powiedziałabym wręcz, że przyczyną stosowania przeze mnie kosmetyków do twarzy jest chęć, by twarz była rozluźniona. Działanie tego kremu jest oczywiście ujędrniające, gdzieś rzuciło mi się także w oczy coś na temat ściągania porów. 
Na początek przeczytajcie co o kremie mówi producent. Pod opisem znajduje się odnośnik do strony, gdzie możecie zobaczyć między innymi jak wygląda opakowanie. :)



Klasyka pielęgnacji dziennej w wersji organicznej z ziołem czystka i bratka &  company.
Połączenie wszystkich składników daje efekt napięcia i wygładzenia skóry twarzy zaś pojedyncze składniki  mają szeroki wachlarz innych dobroczynnych efektów.
Krem działa antybakteryjnie i antyzapalnie dzięki zastosowaniu w recepturze czystka, bratka, róży, aloesu i babki lancetowatej.
Twarz jest ujędrniona i napięta a te cechy zawdzięcza aloesowi, róży, witaminie E, kwasowi  mlekowemu i oczywiście wzbogaciliśmy krem o składnik  łagodzący – doskonały w tym zadaniu bisabolol. 
Krem wykonaliśmy według kryteriów ekologicznych BDIH.
Do stosowania na dzień.

Krem zawiera aż 12 aktywnych składników:
organiczny olejek z jojoby, wyciąg z bratka trójbarwnego, organiczny sok z aloesu hiszpańskiego, organiczny olejek z moreli, gliceryna, organiczny olejek z czystka francuskiego, organiczna woda z naszej róży damasceńskiej, organiczna babka lancetowata, organiczny wyciąg z kory wierzby białej, organiczny wyciąg z płucnicy islandzkiej, bisabolol, kwas hialuronowy, witamina E, kwas mlekowy

Opis pochodzi ze strony producenta. 


Posiadana przeze mnie próbka zawiera na moje oko około 20 ml produktu. Jest to ilość wystarczająca na co najmniej półtorej miesiąca stosowania, ponieważ kosmetyk jest bardzo wydajny. Całe opakowanie mieści 50 ml, więc nawet cena (115 zł) nie zwala z nóg - po przeliczeniu wychodzi mi, że powinniśmy używać go przez około 4-5 miesięcy.
Zapach niestety zupełnie mi nie podszedł - kojarzy mi się wyłącznie z cifem i szczerze powiedziawszy było to drobne utrudnienie w stosowaniu. Na szczęście po nałożeniu na twarz szybko się ulatnia.
Działanie ujędrniająco-napinające jest bardzo silne. Nawet po nieprzespanej nocy, czy ostrej imprezie, kosmetyk potrafi poprawić wygląd naszej skóry. Produkt w mig odświeża zmęczoną, czy opuchniętą twarz. Pomaga nawet zniwelować nawet worki pod oczami. 
Nie zauważyłam, żeby krem jakoś nadzwyczajnie działał na pory. Moje są niestety trochę rozszerzone i w tej kwestii nie odnotowałam poprawy.
Konsystencja mnie osobiście odpowiada średnio. Krem jest trochę za mało puszysty, jakby nieco klejący przez co trzeba poświęcić dłuższą chwilę na staranne jego rozprowadzenie.
Generalnie nie do końca jest to produkt dla mnie. Działanie ściągające nie jest mi aktualnie potrzebne, a zapach i konsystencja sprawiały, że najzwyczajniej w świecie wolałam korzystać z innych posiadanych kremów.


Podsumowując: w kwestii działania napinająco-ujędrniającego - jestem jak najbardziej na tak. Jeżeli szukacie produktu, który będzie spełniać te zadania, myślę, że będziecie z niego zadowolone. Ja osobiście nie zdecydowałabym się na niego, bo nie jest to typ kremu, którego aktualnie potrzebuję.


piątek, 9 listopada 2012

Per aspera ad astra, czyli o ciężkiej drodze do pielęgnacji idealnej


W życiu zmagałam się już z mnóstwem problemów mojej cery. Sytuacja nieco uregulowała się wskutek stosowania antykoncepcji, ale po jej odstawieniu kłopoty znów się zaczęły. Teraz - w końcu - udało mi się nad nią zapanować. Metodą prób i błędów odnalazłam optymalny zestaw kosmetyków do twarzy, który rzeczywiście działa! 
Ostatnio "nieprzyjaciele" pojawiają się na mojej twarzy bardzo sporadycznie, nos nie świeci mi się do samego wieczora, a skórę mam tak gładka jak chyba nigdy. Duże znaczenie w całej sprawie ma niewątpliwie fakt, że rzuciłam palenie oraz, że każdego dnia spożywam hektolitry wody. Tym niemniej chciałabym pokazać Wam 100% mojej pielęgnacji. Nosiłam się z tym zamiarem od jakiegoś czasu i myślę, że może moje zmagania pomogą komuś w dobraniu idealnego kremu, czy peelingu, oszczędzając trochę czasu. ;)
Zaczynajmy więc:

Po pierwsze oczyszczanie


Do mycia twarzy używam tylko i wyłącznie powyższego żelu. Jego recenzję znajdziecie tutaj. Lubię go, bo nie jest agresywny. Po prostu dokładnie oczyszcza moją buzię nie wysuszając jej ani nie napinając. Używam go raz dziennie, zdarza mi się także wykorzystywać go do peeligu gąbeczką Konjac.


Do demakijażu używam już wyłącznie słynnego micela Biodermy H2O. Radzi sobie ze wszystkim: ciężkimi podkładami, wodoodpornymi linerami i tuszami, oraz pomadkami. Czasem używam go też do mycia pędzli, ale rzadko, bo po prostu mi go szkoda. ;) Jest przeze mnie wykorzystywany również do porannego odświeżenia buzi. Jego recenzję znajdziecie tutaj.

Po drugie: dobry peeling


Powyższego kosmetyku używam od jakiegoś pół roku. Jest to peeling chemiczny do cery tłustej i mieszanej.  Producent zaleca stosować go co drugi dzień, ale ja nieco zmodyfikowałam tę radę. Moje nocne kosmetyki stosuję według następującego schematu: pierwszego dnia peeling, drugiego krem przeciwzmarszczkowy, a trzeciego - serum. Rzadsze stosowanie okazuje się dla mojej skóry zupełnie wystarczające i pozwala na lepsze nawilżenie (bo - było nie było - proporcja kosmetyków nawilżających do reszty wynosi 2:1 ;)). 
Peeling zostawiam na twarzy przez całą noc. Rano skóra jest wygładzona, mam również wrażenie, że kosmetyk przyspiesza gojenie wyprysków. Jego recenzja tutaj.


Od kiedy stosuję Biodermę Sebium Serum praktycznie nie stosuję innych peelingów. Jeżeli jednak zdarzy mi się zapomnieć zabrać go ze sobą używam powyższej gąbeczki. Nakładam na nią jedną pompkę żelu opisanego na samej górze i myję buzię. Sprawdza się bardzo dobrze, pieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu: buzia jest czysta, a naskórek złuszczony. Więcej o gąbeczce przeczytacie tutaj.

Ciężkie zadanie: krem idealny 
NA DZIEŃ


Od jakiegoś czasu powyższy kosmetyk to jedyny, który nakładam rano na twarz. Jest idealny. Trzyma sebum w ryzach, nieco wygładza skórę, superszybko się wchłania (poważnie, po jego nałożeniu można od razu kłaść podkład), a co najważniejsze - nie szkodzi. ;) To mój numer jeden i póki co nie zamierzam eksperymentować z kremem na dzień. Więcej o nim przeczytacie tutaj.

NA NOC

Jeżeli chodzi o krem na noc to jest to jedyne pole, gdzie zdarza mi się ostatnio próbować czegoś nowego. W tej kwestii liczy się dla mnie właściwie tylko to, żeby był mocno nawilżający i regenerował. Ponieważ mój krem na dzień tego zadania nie spełnia, specyfik na noc musi działać za nich dwóch. :) Jakiś czas temu zauważyłam u siebie pierwsze zmarszczki, więc staram się wybierać produkty, które pomagają im przeciwdziałać. Poniżej możecie zobaczyć dwa przykładowe kremy, które stosowałam ostatnio.






AGENT DO ZADAŃ SPECJALNYCH


Szczerze powiedziawszy ten kosmetyk jest przeze mnie stosowany dosyć rzadko. Jego działanie nastawione jest typowo na likwidowanie pryszczy. Używam go w dwojaki sposób. Po pierwsze, wówczas, kiedy  moja twarz zmieniała się w poorany kraterami księżyc (na szczęście nie miało to miejsca często ;)) stosowałam go zamiast kremu na noc. Po kilku dniach sytuacja normalizowała się.
Ponadto zdarza mi się nakładać go punktowo na zmiany trądzikowe. Robię to rzadko, bo jak już pojawi mi się jakiś "babol" to staram się jak najmniej go dotykać. Krostki goją się nieco szybciej, ale nie na tyle, żebym potrafiła zdobyć się na systematyczność.
Recenzja tutaj.

SERUM

Jako-tako serum nie powinno być umieszczone w kategorii "kremy", ale chcę, żeby notatka była czytelna, a stosowanie jest w sumie podobne. :)


Nie zdążyłam jeszcze zrecenzować serum, którego aktualnie używam. Planuję zrobić to w najbliższej przyszłości. Póki co powiem Wam tylko, że ten kosmetyk ma cudowną konsystencję, doskonale się rozprowadza, a skóra zarówno bezpośrednio po użyciu jak i rano jest po prostu cudowna: idealnie miękka i gładka.

Praca u podstaw, czyli maski
Używam dwóch rodzajów masek:
OCZYSZCZAJĄCE


... a jeżeli takie to tylko glinka zielona. :) Mam kilku ulubieńców, między innymi przedstawioną wyżej perfekcję firmy Dermika. Ostatnio odkryłam jakąś nową w Naturze, ale stosowanie Perfekcji jest przyjemniejsze, bo jej zapach jest absolutnie cudowny. ;)
Więcej o tej maseczce możecie przeczytać tutaj.

NAWILŻAJĄCE


Kiedyś myślałam, że jak mam cerę mieszaną to nawilżać swojej skóry nie muszę. Dlatego kiedy wygrałam dziesięć kompletów masek takich jak ta zaprezentowana na powyższym zdjęciu nie miałam pojęcia co z nimi zrobię. Muszę jednak przyznać, że nawet się z nimi polubiłam. Trochę kleją i moja twarz nie wchłania ich w 100%, ale myślę, że warto od czasu do czasu się przemęczyć, bo efekty są znakomite. 
Więcej o maseczce przeczytacie tutaj.

Jak można zauważyć w kwestii pielęgnacji twarzy szczególnie upodobałam sobie produkty z serii Bioderma Sebium. Uważam, że są świetne, moja skóra reaguje na nie lepiej, niż na sporo droższe La Roche Posay, czy Pharmaceris. Polecam je każdemu, firma posiada bardzo wiele linii nadających się do różnych rodzajów skóry, także tych wymagających. Wszystkie serie Biodermy możecie zobaczyć (i kupić ;)) np. na stronie iperfumy. Są tam dostępne nawet te kosmetyki, które trudno znaleźć w innych sklepach.

Szukając zdjęć i linków do powyższej notki zauważyłam, że już raz pisałam o mojej pielęgnacji. Trochę się zmieniło, więc jeżeli jesteście zainteresowane, zapraszam tutaj.



poniedziałek, 23 lipca 2012

Bioderma Sebium AKN Fluide - fluid/krem do twarzy





Czytelnicy mojego bloga wiedzą, że uwielbiam kupować kosmetyki kolorowe. Zaczynam mieć ich już na tyle dużo, że pytam samą siebie: "gdzie rozum?"  i poczynam rozglądać się za nowym hobby. Tym niemniej nie zaniedbuję pielęgnacji, bo jestem zdania, że nawet najlepsza kolorówka nie pomoże, jeżeli skóra nie będzie w dobrym stanie. Mniej więcej pół roku temu odstawiłam hormony i stan mojej cery znacznie się pogorszył, zaczęłam zatem rozglądać się za kosmetykami nastawionymi typowo na walkę z trądzikiem. Linię Sebium firmy Bioderma znałam od dawna, ale stosowałam z niej jedynie płyn micelarny i żel do mycia twarzy. Sprawowały się doskonale, uznałam zatem, że jeżeli coś pomoże to na pewno Bioderma. Jak zwykle się nie zawiodłam. :)


Za chwilę odniosę się kolejno do obietnic producenta, wcześniej tylko dwa słowa na temat opakowania. Jest ono identyczne jak opisywanego tutaj kremu Al. Różni je jedynie kolor nakrętki. Jak pisałam przy okazji recenzji tamtego produktu opakowanie jest bardzo cienkie, co wygląda super, ale sprawia, że buteleczka jest mało stabilna. Ale uznawanie tego za wadę byłoby nadmiernym czepialstwem - można przecież zwyczajnie położyć go, miast stawiać. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku kremu Al, buteleczka AKN również zakończona jest wąziutkim dozownikiem, który umożliwia wydobycie dokładnie takiej ilości mazidła, jakiej potrzebujemy. Jest czysto, higienicznie i bez strat. ;)
Na allegro do kupienia od 38 zł.


A teraz kolejno, producent obiecuje, że produkt:
- oczyszcza pory i wygładza skórę - Zgadzam się. Aktualnie nie używam nic, co zapychałoby pory, ale jako palaczka zawsze mam z tym mniejszy lub większy problem. Obecnie moja skóra jest bardzo gładka, zaskórniki i wągry nie pojawiają się, generalnie żyć nie umierać!,
- reguluje jakość sebum, zmniejszając tym samym powstawanie zaskórników - Zgadzam się. O zaskórnikach było już powyżej, zaś w kwestii sebum, muszę się przyznać, że nigdy nie miałam mniejszego z nim problemu. Obecnie nawet po użyciu fluidu kolorowego, konieczność zmatowienia skóry wynika wyłącznie z mojego przekonania, a nie z realnej potrzeby,
- nadaje się nawet do skóry wrażliwej i gwarantuje optymalną skuteczność - Nie wiem. W tej kwestii wypowiedzieć się nie mogę, gdyż skóry wrażliwej na szczęście nie mam,
- pozostawia skórę gładką i oczyszczoną, a jej naturalna równowaga zostaje przywrócona - Zgadzam się. Ta obietnica jest może mało konkretna, ale powiem, jak to jest u mnie: po zastosowaniu kremu nawilżającego, skóra ma się dobrze, ale jeżeli "chlapnę" go zbyt dużo, potrzebuje więcej czasu, by go zaabsorbować. AKN działa w inny sposób - czasem mam wrażenie, że niespecjalnie nawilża cerę, jednocześnie w jakiś sposób zapewniając jej wszystko czego potrzebuje. Po jego nałożeniu czuję, że moja buzia ma dokładnie to, czego jej potrzeba w idealnie dostosowanej ilości. Jest odprężona, rześka, sprężysta. Ciężko to sprecyzować, brzmi to bardziej literacko, niż jak recenzja, ale nie umiem inaczej tego określić,
-  ma lekką, beztłuszczową, hipoalergiczną i nie klejącą się konsystencję + jest idealny jako baza pod makijaż - Zgadzam się. AKN to jeden z niewielu kremów, na które mogę nałożyć podkład nie odczekawszy praktycznie ani chwili. Po jego nałożeniu buzia jest zmatowiona, a nie - jak ma to miejsce w przypadku typowych kremów na dzień - lekko wilgotna. 
Na samej górze napisano jeszcze, że jest to fluid działający na wszystkie przyczyny i objawy trądziku. Czy działa na przyczyny - nie wiem, ale na objawy zdecydowanie. Od kiedy zaczęłam go stosować (ok. 2 miesiące temu) wyskoczyło mi nie więcej jak 5 nieprzyjaciół i zawsze było to dodatkowo powodowane bądź zbliżającym się okresem, bądź zakrapianą imprezą. Liczba zaskórników zmalała niemal do zera a, sebum wydzielane jest w rozsądnych ilościach. Poprawił się także ogólny stan skóry - wszelkie pozostałości po pryszczach zniknęły, cera wygładziła się, a koloryt - nieco wyrównał


Podsumowując: wiem, że aż podejrzane, że zgadzam się ze wszystkimi obietnicami producenta, ale chyba znalazłam krem idealny. Oczywiście, jeżeli moje problemy z trądzikiem unormują się, prawdopodobnie przerzucę się z powrotem na zwykły, nawilżający, ale póki co ten radzi sobie świetnie. Jedyne o czym musimy pamiętać, to by w okresach jego stosowania intensywniej nawilżać twarz, np. przy użyciu maseczek, bo krem nie jest nastawiony na nawilżanie i takowe jego działanie nie jest zbyt silne.


poniedziałek, 16 lipca 2012

Bielenda: Ginkgo Biloba - krem do twarzy




Niespecjalnie lubię pisać o kremach do twarzy. Powód jest prosty - cytując Kubusia Puchatka - z takimi kremami "nigdy nic nie wiadomo". Mogę stosować jakiś przez miesiąc i być z niego zadowolona, mogę stosować przez trzy i uznać, że to moje KWC, a w następnym dniu zauważę jakieś działanie niepożądane, lub uznam, że to jednak on jest winny jakiejś zmiany skórnej, której przyczyn nie mogłam zlokalizować. Z drugiej strony nie chcę prowadzić bloga, w którym opisuję tylko kolorówkę, więc staram się zachować w miarę równe proporcje w recenzowaniu pielęgnacji. Dlatego właśnie zdecydowałam się napisać dzisiaj o kremie Ginkgo Biloba od Bielendy.


W kwestii obietnic producenta odsyłam Was do strony kremu na wizażu. Chciałam zamieścić "oficjalny" opis producenta, ale zewnętrzne opakowanie gdzieś mi wsiąkło, a strona niestety aktualnie nie działa. :) 
Opakowanie jest wygodne i solidne. Osobiście bardzo lubię te Bielendowe kulki (w podanym linku z wizażu jest zdjęcie tamtych opakowań), ale muszę przyznać, że ta wersja jest po prostu trwalsza. Plastik jest gruby, generalnie - solidna robota (;)), która - w przeciwieństwie do wzmiankowanej już kulki - ma szanse przeżyć upadek. :)


Zdecydowałam się na ten krem dlatego, że wyczytałam, że poprawia wizualnie stan skóry osób palących. Ponieważ od tego nieprzyjemnego nałogu póki co nie planuję odstąpić, postanowiłam chociaż w małym stopniu zadbać o skórę. I do jakich doszłam wniosków?
Krem stosuję tylko na noc. Jest gęsty i tłusty, a ponadto zostawia delikatny film - dlatego nie jestem w stanie nakładać go pod makijaż. Jako krem na noc nadaje się doskonale. Fantastycznie nawilża skórę już od pierwszego użycia. Na drugi dzień jest miękka i gładka, dobrze odżywiona. Jeżeli chodzi o zmarszczki - owszem, likwiduje je, ale jeżeli nastawiamy się na pielęgnację skierowaną bezpośrednio w przeciwdziałanie starzeniu się skóry, niestety dobrego serum nie zastąpi. Osobiście nie mam jeszcze zbyt wielu zmarszczek - zaledwie kilka drobnych w okolicach oczu, oraz dosyć widoczne bruzdy w okolicach ust (od uśmiechania się ;)). Z pierwszym rodzajem zmarszczek krem poradził sobie doskonale, wyraźnie je spłycił tak, że są praktycznie niewidoczne. Jeżeli jednak chodzi o bruzdy, to, szczerze mówiąc, nie widzę żadnej różnicy pomiędzy stanem sprzed używania kremu, a sytuacją obecną. ;)
Czy moja zombie-skóra palacza poprawiła się? Cóż, myślę, że jest nieco mniej szorstka, ale poza tym nie zauważyłam większych zmian. Faktem jest jednak, że nie palę, aż tak dużo, więc cera nie jest jeszcze tak zniszczona.


Podsumowując: jeżeli szukacie dobrego nawilżenia i pomocy w początkowych fazach walki ze starzeniem się skóry, krem Bielendy trafi idealnie w Wasze potrzeby. Jeżeli chcecie go kupić jako typowy krem przeciwzmarszczkowy - możecie trochę się zawieść, bo - co wynika nawet z opisu producenta - jego zadania są zupełnie inne.


niedziela, 20 maja 2012

Sea of SPA Dead Sea Treatment - krem rozjaśniający



Dziś recenzja największego dziwaka, jakiego kiedykolwiek zdarzyło mi się używać. Krem na przebarwienia zamierzałam kupić już od jakiegoś czasu, ale coś mi z nim nie było po drodze, więc kiedy zobaczyłam go na półce sklepowej będąc na wakacjach, uznałam, że połączę przyjemne z pożytecznym i takiż właśnie suwenir sobie nabędę. Kosztował mnie jakoś koło 10 $, ale po pierwsze kupowałam go na strefie bezcłowej, a po drugie - opakowanie nie jest jakieś specjalnie fancy, uznałam zatem, że coś tam może być warty. Nie pomyliłam się, ale... po kolei. ;)


Najzabawniejsze jest to, że używając tego produktu działam w 100% na ślepo. ;) Na opakowaniu jest opis w języku angielskim, owszem, ale zaklejony nalepką w języku arabskim, po której zdarciu zbyt wielu informacji już przeczytać mi się nie udało. ;) W Internecie trafiam na produkty Sea of SPA, a jakże, jednakowoż tego akurat produktu znaleźć mi się nie udało. Także zasadniczo nie wiem jak działa, przynajmniej nie w teorii. Jeżeli jednak chodzi o praktykę to chętnie Wam o niej opowiem (choć też zastanawiam się po co - skoro nie mogę znaleźć go w Internecie, to domyślam się, że zamówienie będzie raczej trudne, co z kolei oznacza, że moja recenzja nie będzie przesadnie przydatna. Z drugiej strony jeżeli, któraś z Was kiedykolwiek będzie w Egipcie lub Izraelu, lub po prostu jakimś cudem trafi na niego to może i warto? ;)).


Dobra, dość przydługawych wstępów, do rzeczy. Napisałam, że produkt cudaczny i dziwny. Dlaczego? Ze względu na swoją szaloną konsystencję! Z czymś takim nie spotkałam się nigdy. Trudno będzie ją opisać, ale spróbuję. ;) Otóż krem zachowuje się... jakby był zepsuty. ;) Jest taki zbity i gęsty, jakby pokryty zewnętrzną powłoką, że zamiast od razu "wchodzić" w skórę przez chwilę po niej "jeździ" tak, że potrzeba krótkiego masażu, by go wmasować. Taki glut. :)
Zapach intensywny i bardzo specyficzny, ale w moim odczuciu przyjemny.
A co z działaniem? Otóż, kiedy już uda nam się wsmarować produkt, działanie... jest odczuwalne niemal od razu. Skóra zaczyna leciutko mrowić, ale nie w sposób niepokojący, czy nieprzyjemny, absolutnie... to raczej takie poczucie, że "coś się dzieje". Mija ono z resztą dość szybko. Następnie staje się miękka i doskonale nawilżona. Jeżeli chodzi o efekty długofalowe (i w zasadzie kluczowe jeżeli chodzi o przeznaczenie produktu) to i one są widoczne i to cieszy mnie najbardziej. Faktycznie zauważyłam, że wszelkie przebarwienia i zaczerwienienia zaczynają blaknąć w dosyć szybkim tempie. Ślady bo "nieprzyjaciołach", które u mnie goją się bardzo powoli (do całkowitego zniknięcia, nawet miesiąc) znikają już po dwóch dniach stosowania. Osobiście udało mi się także "naprawić" nieco popękane naczynka skrzydełek nosa. Nie mam widocznych blizn, więc nie wiem, czy i z tym produkt dałby sobie radę. 


Podsumowując: wiem, że ta recenzja jest średnio przydatna, bo i krem niespecjalnie dostępny, ale - gdyby kiedyś wpadł Wam w ręce - kupujcie, bo naprawdę działa, co w przypadku kremów wybielających/rozjaśniających wcale nie zdarza się zawsze. Cena jest niska, a efekty zauważalne, dlatego polecam!



niedziela, 22 kwietnia 2012

O pielęgnacji twarzy słów kilka


Pierwszy dzień diety owocowej już za mną, póki co bardzo mi smakuje i absolutnie nie chodzę głodna. :)

W ramach kontynuacji wczorajszego posta (jakby nie było to wszystko ma służyć poprawieniu kondycji skóry) pokażę dziś moją pielęgnację twarzy. Liczę, że takie podsumowanie pomoże mi zobaczyć, co ewentualnie powinnam w niej zmienić. Mam nadzieję, że również Wy zdradzicie mi swoje pielęgnacyjne tricki. :)

1. Mycie i peelingowanie
Twarz myję 2 razy dziennie. Ostatnio nabyłam w Rossmanie gąbkę Konjac (recenzja już wkrótce). Ponieważ można używać jej zarówno samodzielnie, jak i z żelami do twarzy, moja obecna rutyna wygląda następująco: rano rezygnuję z dodatkowych środków, zaś wieczorem wspomagam działanie myjki żelem Biodermy z linii Sebium.


W kwestii gąbki napiszę na razie tyle: jej największą (w mojej opinii zaletą) jest fakt, że bardzo delikatnie, ale dokładnie, złuszcza skórę. Myślę, że przy jej codziennym stosowaniu zaniecham używania peelingów. ;) Póki co używałam najczęściej peelingu Clean&Clear mniej więcej raz na dwa dni.


2. Oczyszczanie.
Oczyszczam buzię przy użyciu micela z Biodermy. Nie robię tego po myciu, ponieważ byłaby to chyba już przesada, dlatego ostatnio pod szumną nazwą "oczyszczanie" mieści się u mnie wyłącznie demakijaż.
Wcześniej używałam toników z Nivei, Bielendy i Dermiki.




3. Nawilżanie
Nigdy nie wychodzę z domu bez krem do twarzy. Myślę, że dobre nawilżenie skóry jest równie ważne dla każdego rodzaju cery. Póki co nie "bawię" się jeszcze w kremy przeciwzmarszczkowe, bo - mimo iż pierwsze oznaki starości dopadły już moją twarz - uważam, że mam jeszcze trochę czasu. ;)
Mam kilku ulubieńców, jednakże najczęściej posiadam w swojej kosmetyczce produkt firmy Nivea. Ulubieńcem lata jest krem Bielendy.



4. Regeneracja
Skóra najlepiej regeneruje się podczas snu, dlatego tak ważny jest dobry i skuteczny krem na noc. Ponieważ nie lubię jednocześnie stosować produktów ze zbyt wielu linii, moim "podstawowym" produktem na noc jest kosmetyk ze wzmiankowanej już linii Piękno i Świeżość firmy Nivea. Od czasu do czasu, żeby skóra się nie przyzwyczaiła, zastępuję go produktem Lirene.



5. Walka z nieprzyjaciółmi
Kiedy na mojej skórze pojawią się jakieś niedoskonałości to w zależności od tego, czy są to zaskórniki, czy pryszcze, bądź robię tzw. "parówkę", bądź stosuję punktowo apteczną maść z antybiotykiem, którą przepisała mi moja pani doktor (i której pokazywać nie będę, bo coś czytałam, że podobno leków na receptę nie można - nie wiem, nie wgłębiam się, bo nie jest to dla mnie jakaś szczególnie ważna informacja ;)).
Dodatkowo, kiedy moja skóra ogólnie jest w gorszej kondycji, zamiast kremu na noc nakładam produkt, który ma przeciwdziałać trądzikowi. Pochodzi on z mojej ulubionej linii firmy Bioderma.


6. Maski
Generalnie stosuję dwa typy masek: oczyszczające i silnie nawilżające. I w tej dziedzinie mam swoich ulubieńców, ale ich zobaczycie poniżej. Staram się nakładać maskę raz w tygodniu, ale udaje mi się to jedynie w wakacje (wtedy też stosuję w jednym tygodniu nawilżanie, a w następnym oczyszczanie). W normalnym trybie życia, dobrze jest jak użyję produktu raz na dwa tygodnie. Nakładam wówczas tylko maski oczyszczającej.



7. Makijaż
Staram się nie przesadzać z makijażem. Jeżeli zostaję w domu, czy idę na zakupy do pobliskiego sklepu, nie maluję się wcale. Od czasu do czasu staram się rezygnować z podkładu. Oprócz tego najchętniej używam minerałów - nie obciążają mojej skóry, nie czuję ich na skórze, ani nie muszę zabezpieczać toną pudru. Ich dodatkowymi plusami są dobre, przyjazne skórze składy, oraz duży wybór kolorów i formuł. Obecnie jestem na etapie poszukiwania "tych jedynych" i jakoś, niestety, znaleźć nie mogę. Ale nie poddaję się, ponieważ firm oferujących podkłady mineralne jest obecnie tyle, że w końcu na pewno znajdę odpowiedni dla siebie produkt.

Wyszło o wiele dłużej niż się spodziewałam, ale mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. ;) Podzielcie się swoimi metodami pielęgnacji, ulubionymi kosmetykami, cudownymi produktami, które robicie same i wszystkimi innymi przydatnymi trickami. :) Czekam na komentarze. :)


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...