Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 czerwca 2013

Orientana: krem do twarzy drzewo sandałowe&kurkuma


W tym wpisie wspomniałam po raz pierwszy o mojej najnowszej kosmetycznej miłości: firmie Orientana. Do przetestowania dostałam pięć produktów, z których cztery stały się moimi ulubieńcami. Mam ochotę na więcej i od kilku tygodni planuję zamówić jeszcze kilka rzeczy.
Tak czy siak, dziś rzecz będzie o kremie na dzień, który ma szansę stać się pierwszym od kilku lat, którego zużyję więcej, niż jedno opakowanie.


Produkt zamknięty jest w ładnym i poręcznym opakowaniu wykonanym z solidnego plastiku, któremu upadki zupełnie niestraszne. :) Jest ono zakręcane, a na wieczku znajduje się ładna etykietka zapewniająca o stuprocentowo naturalnym składzie. Czy jest taki naprawdę? Wklejam skład pobrany ze strony Orientany:
PEŁEN SKŁAD INCI: Aqua (woda), Butyrospermum Parkii Butter (masło shea), Theobroma cacao Seed Butter (masło kakaowe), Caprylic/Capric Triglyceride (z oleju kokosowego i glicerydu), Plant Glycerin, Helianthus Annuus Seed Oil (olej z ziaren słonecznika), Glyceryl Stearate , Stearic Acid (kwas stearynowy z wosku), Santalum Album Oil (olej z drzewa sandałowego), Curcuma Longa Root Extract (ekstrakt z kurumy), Isopropyl Myristate (roślinny), Glyceryl Caprylate (pozyskiwany z kokosa), Cethyl Alcohol, Citrus Grandis Seed Oil (olejek z pestek grejfruta), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (olejek z migdałów), Triticum Vulgare Germ Oil (olejek z kiełków pszenicy), Cl- 19140, Citric Acid (kwas cytrynowy), Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.

Nie rozumiem do końca tego składu. Na etykiecie jest napis 100% Nature, pełen skład jest przełożony z chemicznego na polski, zostają trzy niezidentyfikowane substancje. Po wrzuceniu ich w wyszukiwarkę pojawia się informacja, że są pochodzenia chemicznego. Barwnik, dwa konserwanty. Czy może ja źle to rozumiem i 100% Nature dopuszcza chemie w składzie? ;)
Mojej oceny to nie zmieni, nadal bardzo lubię ten krem, ale przyznam szczerze, że to odkrycie sprawiło, że straciłam nieco zaufania do firmy.


Krem ma interesującą, dosyć płynną konsystencję. Kojarzy mi się z bezą przed upieczeniem, czyli ubitymi białkami z dużą ilością cukru. Konsystencja ta sprawia, że kosmetyk jest absurdalnie wydajny, a przy tym wygodny w nakładaniu. Rozprowadza się bardzo gładko i szybko wnika w skórę sprawiając, że makijaż można nakładać na niego niemal od razu. Zapach może trochę irytować, ale ja szybko się do niego przyzwyczaiłam.
Jestem bardzo zadowolona z działania tego kosmetyku. Już w pierwszej chwili po nałożeniu odczuwalne jest rozluźnienie, nawilżenie i wygładzenie skóry. Radzi sobie nawet ze skórą szorstką, zmęczoną całonocną imprezą. Po użyciu kremu, buzia nie klei się, kosmetyk nie zostawia na niej nieprzyjemnej warstewki, która roluje się pod palcami. Produkt nie zapycha, nie powoduje trądziku (a przed jego stosowaniem, używałam wyłącznie kremów do cery tłustej i jej stan pozostał taki sam), ani zaskórników. Długotrwałe stosowanie sprawia, że skóra jest elatystyczna, miękka i wypoczęta.


Podsumowując: ten krem naprawdę przypadł mi do gustu. Jestem zadowolona z jego działania i prawdopodobnie zdecyduję się na kolejny słoiczek. Nawet wpadka ze składem nie jest w stanie wpłynąć na moją opinię. Polecam!


piątek, 31 maja 2013

Orientana: maska-krem do okolic oczu z kaskaryli


Dziś chciałam Wam pokazać jedno z moich największych odkryć ostatnich miesięcy. Jeżeli czytacie mojego bloga regularnie to wiecie, że nie jestem jakąś fanatyczką kosmetyków naturalnych. Wypróbować, owszem chętnie wypróbuję (bo ogólnie lubię nowinki kosmetyczne ;)), ale - ponieważ na szczęście niewiele rzeczy mi szkodzi - nie zwracam przesadnie uwagi na składy. Produkty naturalne służą mi równie dobrze, co zwykłe - ani lepiej, ani gorzej.
W ramach współpracy podjętej z Orientaną i drogerią Beauty Store w Bytomiu, otrzymałam do przetestowania cały pakiet kosmetyków firmy Orientana i przepadłam. Jak dotąd nigdy nie zdarzyło mi się, żeby w ramach jednej firmy znaleźć tak dobre kosmetyki różnych kategorii (do twarzy, ciała, pod oczy). Dziś kilka słów na temat kremu pod oczy z kaskaryli.


Prezentowany dziś kosmetyk to właściwie nie krem pod oczy, ale "redukująca zmarszczki maska do okolic oczu". Jak zwał tak zwał. :)
Na początku chciałam powiedzieć kilka słów na temat opakowania. Uważam, że jest prześliczne - nie wiem zupełnie co mnie tak w nim ujmuje, ale za każdym razem kiedy na nie patrzę, myślę sobie jakie jest ładne. ;) Słoiczek jest plastikowy i utrzymany w miłych dla oka odcieniach zieleni. Znajduje się na nim naklejka, na której wypisano informacje dotyczące kosmetyku (niestety tylko w języku angielskim). Opakowanie jest ogromne - zawiera aż 40 ml kremu. Myślę, że nie zdążę go wykorzystać - jego termin przydatności upływa bowiem 1 listopada 2013 roku.


Na uwagę zdecydowanie zasługuje skład produktu. Próbowałam zrobić mu zdjęcie, ale nie dało się objąć całego, więc wypiszę Wam go ręcznie:
Skład INCI: Aqua, Isopropyl Myristate (z oleju kokosowego), Seaweed Trehalose (naturalny disacharyd z alg), Plant Glycerin (z oleju kokosowego), Croton Eluteria Oil (kaskaryla), Tremella Fuciformis Extract (trzęsak), Allantoin (z żywokostu lekarskiego), EDTA.
Osobiście nie jestem w stanie stwierdzić, czy jest on w 100% naturalny, więc jeżeli ktoś z Was jest w stanie to określić, proszę o informację w komentarzu.


A kremik jest niebywale przyjemny. :) Jego kontystencja jest po prostu fantastyczna - niesamowicie kremowa, nawilżająca, bardzo bogata. Już od pierwszej chwili da się odczuć przyjemny chłód, relaksujące odprężenie i odżywienie skóry. Długofalowe działanie jest jeszcze lepsze. Akurat ostatnio miałam problem z uczuleniem oczu, w związku z czym nie mogłam nakładać na nie niemal nic. Z tego powodu moja skóra była bardzo wysuszona i szorstka. Po około tygodniu codziennego stosowania odczułam zdecydowaną poprawę, a skóra wróciła do stanu sprzed choroby. Dalsze stosowanie pozwoliło jeszcze poprawić ten efekt. Mam nadzieję, że będzie się on utrzymywał jeszcze przez jakiś czas od odstawienia produktu.
Jak zwykle mam problem z określeniem jak krem wpływa na moje zmarszczki. Niby dopiero zaczynają mi się pojawiać i powinnam widzieć to wyraźnie, ale nie widzę. W związku z tym należy stwierdzić, że nie ma efektu WOW. Ale "jakiś" wpływ na zmarszczki widzę, poprawa jest zauważalna, więc i w tej mierze produkt działa.


Podsumowując: polecam, zdecydowanie polecam! Ja na pewno wypróbuję jeszcze kilka kosmetyków Orientany, a ten krem będzie jednym z pierwszych na mojej liście podczas zakupów.

wtorek, 19 lutego 2013

Spa od Bielendy za grosze



Kiedyś namiętnie kupowałam i recenzowałam produkty do stóp. Myślę, że przez pierwsze pół roku działalności bloga pojawiło się ich tutaj co najmniej 10. Nakupowałam tego tyle, że przez ostatni rok zużywałam wszystko, co wcześniej zrecenzowałam. :) Ostatnio w końcu udało mi się wykończyć tę masę, więc stanęłam przed koniecznością nabycia nowych kosmetyków do pielęgnacji stóp. Miałam ochotę na prezentowane tu kiedyś krem i peeling z Biedronkowego BeBeauty, ale jakoś nie umiałam na nie trafić. Któregoś dnia podczas zakupów uznałam, że biorę w ciemno cokolwiek będzie najtańsze w sklepie, w którym akurat byłam, bo moim zdaniem w kwestii produktów do pielęgnacji stóp, nie ma sensu przepłacać. Okazało się, że bez żadnych promocji najmniej kosztowała Bielenda. Za każdy z kosmetyków zapłaciłam jakoś w okolicach 4,29 zł.




Obydwa kosmetyki zamknięte są w typowych tubach. Ich pojemność jest nieco większa, niż normalnie - mieszczą po 125 ml. Są zamykane na zatrzask, a plastik, z którego są zrobione jest wytrzymały, więc upadki im niestraszne. 

Peeling konsystencją i ogólnym wyglądem (możecie je zobaczyć na ostatnim zdjęciu) przypomina mi żel na trądzik. :) Na tym jednakże kończą się podobieństwa, ponieważ drobinki ścierające są bardzo ostre i twarde i jest ich mnóstwo. Jest to chyba najmocniejszy peeling jaki miałam. Może jedynie wzmiankowany BeBeauty był lepszy. ;) Zapach jest ładny - odświeżający i delikatny.



Po prawej możecie przeczytać opis producenta, oraz skład. Zdjęcie powiększa się, więc wszystko powinno być czytelne.

Działanie peelingu jest rewelacyjne. Porządnie i bezlitośnie zdziera wszystko, co chciałybyśmy, aby zostało zdarte jednocześnie nie podrażniając skóry. Moim zdaniem regularnie stosowany poradzi sobie nawet z bardzo twardym naskórkiem i to bez pomocy tarek i innych cudów, których używa się do pedicure'u. Radzę uważać nakładając go na górną części stopy, gdzie skóra jest delikatna, bo może ją podrażnić. Po zastosowaniu peelingu skóra jest miękka, delikatna i dobrze przygotowana na przyjęcie kremu.





Krem ma miękką i delikatną, ale bardzo treściwą konsystencję. Kojarzy mi się z surową bezą. :D Od razu zyskał moje zaufanie, bo uważam, że produkty, które nakładamy na problematyczne strefy powinny być konkretne. Rozprowadza się dobrze. Pierwsza porcja szybko wnika skórę, więc jeżeli nam się spieszy wystarczy posmarować stopy cieniutką warstewką. Jeżeli zamierzamy odżywić stopy silniej, dokładamy drugą warstwę, chwilę masujemy, a dla poprawy efektu nakładamy bawełniane skarpetki. Najlepiej spędzić w nich noc.




Jestem bardzo zadowolona z działania tego kremu. Zmiękczone i odświeżone peelingiem stopy chłoną go jak szalone, a kiedy ten proces zakończą, skóra jest tak mięciutka, jasna i delikatna, że aż chce się założyć sandałki. ;-) Po użyciu tego kremu nawilżone są nie tylko wierzchnie warstwy skóry, ale całość. Jest to dla mnie ważne, bo już kilka razy trafiłam na kremy, które zmiękczają i pielęgnują zewnętrzną powłokę, a kiedy mocniej naciśniemy ją palcem, da się wyczuć, że pod spodem skóra nadal jest twarda i zrogowaciała.
Tak prezentuje się konsystencja kosmetyków:


Podsumowując: pomijając Biedronkowe BeBeauty, ten zestaw ma zdecydowanie najlepszy stosunek jakości do ceny, jaki w życiu udało mi się upolować. Za mniej niż 10 złotych dostajecie dwa kosmetyki, z których jeden zedrze ze stóp wszystko, co jest im zbędne, a krem odżywi wszystkie warstwy skóry. Zdecydowanie polecam!


piątek, 8 lutego 2013

Eubiona - aloesowy krem na dzień


Jakiś czas temu odezwała się do mnie pani Wioletta prowadząca sklep z naturalnymi kosmetykami Pasaż Kosmetyczny. Znajdziecie tam naturalne kosmetyki posiadające naprawdę dobre składy. Oferta firmy zaciekawiła mnie do tego stopnia, że zdecydowałam się na współpracę mimo że pani Wioletta mogła wtedy zaproponować mi jedynie próbki. Szczęśliwie otrzymałam ich na tyle dużo, że po zsumowaniu wyszedł z nich praktycznie pełnowymiarowy produkt, dzięki czemu mogłam poddać krem normalnym testom i dziś napisać recenzję z czystym sumieniem. :)


Podchodziłam do tego kosmetyku dwa razy. Po raz pierwszy stosowałam go przez dwa tygodnie i zmuszona byłam odstawić, ponieważ na mojej twarzy pojawił się po prostu wysyp żywych trupów (znaczy nieprzyjaciół). Początkowo myślałam, że odpowiedzialny za to jest właśnie prezentowany dziś krem, dlatego niezbyt miałam ochotę podchodzić do niego po raz drugi. Obecnie stosuję go już od miesiąca i bardzo się cieszę, że zdecydowałam się dać mu drugą szansę, ponieważ ponowny wysyp się nie pojawił, a moja skóra jest w naprawdę dobrej formie. Zanim powiem Wam dokładnie jak się sprawy mają, zapraszam do obejrzenia składu:


Krem posiada przyjemną, bardzo lekką konsystencję i cudowny zapach przywodzący na myśl coca-colę (nie wiem czemu, ale często aloesowe kosmetyki pachną mi colą ;)). Jest bardzo wydajny, jedna saszetka o zawartości 5 ml wystarcza mi co najmniej na tydzień. Jedyną jego wadą jest fakt, że czasem, po nałożeniu, wydaje mi się jakby zamiast w całości się wchłonąć, mała część zasychała na twarzy. Jeżeli jednak nakłada się go oszczędnie (to dlatego jest taki wydajny!) wszystko jest ok, a twarz jest przyjemna w dotyku i odświeżona.
Te z Was, które regularnie czytają mojego bloga, wiedzą, że w zeszłym roku przez dosyć długi czas borykałam się z trądzikiem. Sytuację udało się opanować dopiero kiedy zaczęłam używać kompletu produktów Biodermy, m.in. tego kremu do twarzy. W jego recenzji pisałam, że niespecjalnie nawilża. Myślałam jednak, że albo rybki, albo akwarium - jak chcę pozbyć się trądziku, muszę się liczyć z tym, że krem nie będzie nawilżał, a wręcz należy się cieszyć, że nie wysusza. Tym niemniej podczas mojego drugiego podejścia do Eubiony zauważyłam, że połączenie tych dwóch cech jest możliwe. Jasne, wiem, że to nie jest krem przeciwtrądzikowy, ale albo mój problem trądzikowy rozwiązał się sam z siebie, albo Eubiona posiada jakieś właściwości, bo podczas stosowania nie zauważyłam żadnych negatywnych zmian na swojej cerze. Nieprzyjaciele się nie zdarzają, pory nie wyłażą, a do tego jest jeszcze efekt nawilżenia, skóra jest miękka i przyjemnie jędrna! Myślę, że kiedy wykończę próbki zdecyduję się na pełnowymiarowe opakowanie!


Podsumowując: krem na piątkę z plusem! Dobry skład, piękny zapach i doskonałe nawilżenie, a  przy tym pozytywne oddziaływanie na tematy okołotrądzikowe? Czego więcej chcieć? :)



sobota, 29 grudnia 2012

Synesis - krem ściągający z czystkiem, bratkiem & co



Dziś chciałam Wam pokazać jeden z ciekawszych kosmetyków, z jakimi miałam do czynienia. Jest to krem ściągający z czystkiem, bratkiem & co firmy Synesis. Zaraz na początku chciałabym zaznaczyć, że nazwa jest strasznie myląca. Kto chciałby, żeby krem ściągał mu twarz? Ja na pewno nie, powiedziałabym wręcz, że przyczyną stosowania przeze mnie kosmetyków do twarzy jest chęć, by twarz była rozluźniona. Działanie tego kremu jest oczywiście ujędrniające, gdzieś rzuciło mi się także w oczy coś na temat ściągania porów. 
Na początek przeczytajcie co o kremie mówi producent. Pod opisem znajduje się odnośnik do strony, gdzie możecie zobaczyć między innymi jak wygląda opakowanie. :)



Klasyka pielęgnacji dziennej w wersji organicznej z ziołem czystka i bratka &  company.
Połączenie wszystkich składników daje efekt napięcia i wygładzenia skóry twarzy zaś pojedyncze składniki  mają szeroki wachlarz innych dobroczynnych efektów.
Krem działa antybakteryjnie i antyzapalnie dzięki zastosowaniu w recepturze czystka, bratka, róży, aloesu i babki lancetowatej.
Twarz jest ujędrniona i napięta a te cechy zawdzięcza aloesowi, róży, witaminie E, kwasowi  mlekowemu i oczywiście wzbogaciliśmy krem o składnik  łagodzący – doskonały w tym zadaniu bisabolol. 
Krem wykonaliśmy według kryteriów ekologicznych BDIH.
Do stosowania na dzień.

Krem zawiera aż 12 aktywnych składników:
organiczny olejek z jojoby, wyciąg z bratka trójbarwnego, organiczny sok z aloesu hiszpańskiego, organiczny olejek z moreli, gliceryna, organiczny olejek z czystka francuskiego, organiczna woda z naszej róży damasceńskiej, organiczna babka lancetowata, organiczny wyciąg z kory wierzby białej, organiczny wyciąg z płucnicy islandzkiej, bisabolol, kwas hialuronowy, witamina E, kwas mlekowy

Opis pochodzi ze strony producenta. 


Posiadana przeze mnie próbka zawiera na moje oko około 20 ml produktu. Jest to ilość wystarczająca na co najmniej półtorej miesiąca stosowania, ponieważ kosmetyk jest bardzo wydajny. Całe opakowanie mieści 50 ml, więc nawet cena (115 zł) nie zwala z nóg - po przeliczeniu wychodzi mi, że powinniśmy używać go przez około 4-5 miesięcy.
Zapach niestety zupełnie mi nie podszedł - kojarzy mi się wyłącznie z cifem i szczerze powiedziawszy było to drobne utrudnienie w stosowaniu. Na szczęście po nałożeniu na twarz szybko się ulatnia.
Działanie ujędrniająco-napinające jest bardzo silne. Nawet po nieprzespanej nocy, czy ostrej imprezie, kosmetyk potrafi poprawić wygląd naszej skóry. Produkt w mig odświeża zmęczoną, czy opuchniętą twarz. Pomaga nawet zniwelować nawet worki pod oczami. 
Nie zauważyłam, żeby krem jakoś nadzwyczajnie działał na pory. Moje są niestety trochę rozszerzone i w tej kwestii nie odnotowałam poprawy.
Konsystencja mnie osobiście odpowiada średnio. Krem jest trochę za mało puszysty, jakby nieco klejący przez co trzeba poświęcić dłuższą chwilę na staranne jego rozprowadzenie.
Generalnie nie do końca jest to produkt dla mnie. Działanie ściągające nie jest mi aktualnie potrzebne, a zapach i konsystencja sprawiały, że najzwyczajniej w świecie wolałam korzystać z innych posiadanych kremów.


Podsumowując: w kwestii działania napinająco-ujędrniającego - jestem jak najbardziej na tak. Jeżeli szukacie produktu, który będzie spełniać te zadania, myślę, że będziecie z niego zadowolone. Ja osobiście nie zdecydowałabym się na niego, bo nie jest to typ kremu, którego aktualnie potrzebuję.


niedziela, 23 grudnia 2012

Pantene Pro-V Agua Light - maska do włosów



Dziś chciałam opowiedzieć w kilku krótkich słowach o masce do włosów pochodzącej z linii Pantene Pro-V, Aqua Light. Kiedyś kosmetyki Pantene były jedynymi, których używałam. Później odniosłam wrażenie, że mnie uczuliły, więc na jakiś czas je odstawiłam. Ostatnio skończyły mi się wszystkie inne maski i z niejaką obawą sięgnęłam po prezentowany dziś kosmetyk. Okazało się jednak, że nie ma strachu. :)
Na początek zobaczcie co pisze o preparacie producent:



Maska zamknięta jest w nieco innym opakowaniu, niż ma to miejsce na ogół - mamy tu do czynienia z wygodną tubą. Jest to rozwiązanie o wiele, w mojej opinii, wygodniejsze, niż typowe zakręcane. Już ostatnio firma błysnęła inwencja tworząc opakowanie na zatrzask, ale to podoba mi się jeszcze bardziej.
Zapach jest śliczny, co przesadnym zaskoczeniem nie jest, bo całą seria pachnie obłędnie.



Maska posiada ten rodzaj konsystencji, który osobiście bardzo lubię. Nie jest straszliwie zwarta - wręcz przeciwnie - raczej luźna i bardzo mokra. Dzięki temu kosmetyk bez problemu daje się rozprowadzić na  włosach. 
Oczywiście - jak zwykle - kosmetyku używam inaczej niż radzi producent. Od jakiegoś czasu każda maskę stosuje w ten sam sposób - nakładam ją hojnie na całą długość włosów, rozczesuje szerokim grzebieniem, a później zawijam w koczek i nakładam na niego folię aluminiową. Dzięki temu włosy znajdują się w cieple, które sprawia, że maską działa bardziej efektywnie. Po zmyciu zostawiam kosmyki do wyschnięcia.
Efekty są bardzo widoczne już od pierwszego zastosowania. Włosy stają się niesamowicie odżywione i jakby wypełnione. Suche końcówki przestają odstawać od głowy -  przeciwnie - na całej długości kosmyki są mięsiste, ciężkie i lśniące. Zauważyłam, że czesanie jest dużo łatwiejsze, ponieważ odpada problem Generalnie jestem bardzo zadowolona!



Podsumowując: piękny zapach, wygodne opakowanie i znakomite efekty. Czego chcieć więcej? Polecam zdecydowanie!

sobota, 22 grudnia 2012

Farmona Sweet Secret - masło do ciała wanilia i daktyle




Dziś kolejna notka związana z pachnącą akcją (mówiłam, że wezmę się w garść! :D). Wart zauważenia jest fakt, że to już drugi produkt w jej ramach, który pochodzi z tej samej firmy - Farmony. Muszę przyznać, że pod względem zapachów, kosmetyki nie mają sobie równych. Zostawiają w tyle nawet The Body Shop. Co ciekawe moja przygoda z tymi produktami dopiero się zaczęła - jasne, widywałam je w drogeriach, ale zawsze coś powstrzymywało mnie przed zakupem. Teraz jestem pewna, że skuszę się na kolejne.
Przeczytajcie co o maśle pisze producent:


Opakowanie typowe dla maseł - w tej kwestii rozpisywać się nie ma sensu. Wiadomo, że tłustymi łapskami zakręcić trudno, ale alternatywy brak. Pojemność również standardowa - 250 ml. Produkt zabezpieczony sreberkiem, więc strachu, że ktoś maczał paluchy brak.


Konsystencja jest wprost doskonała. Bez wątpienia jest to masło - gęste, zbite i treściwe, ale jednocześnie cudownie wilgotne, mięciutkie i absurdalnie nawilżające. Nakładając produkt na ciało już od pierwszej chwili czuć jego działanie. Początkowo delikatnie otula ciało sprawiając, że wszelkie podrażnienia (np po goleniu) przestają doskwierać. W następnej chwili wchłania się (naprawdę błyskawicznie!) sprawiając, że nasza skóra jest miękka i bardzo delikatna. Trzecią istotną rzeczą jest fakt, że nawilżenie, mimo iż odczuwalne przez kilkanaście kolejnych godzin pozostaje pod naskórkiem - nie ma tutaj mowy o obrzydliwym, tłustym filmie, który najchętniej od razu spłukałoby się wodą.
Zapach jest wprost cudowny, choć bardziej, niż z daktylami kojarzy mi się z waniliowym sernikiem z rodzynkami. Tak, czy siak - pycha! :D
Wydajność przeciętna - trochę nałożyć trzeba, ale ubytek nie jest porażający.


Podsumowując: w kwestii masełek istniały dla mnie zawsze jedynie Bielenda i The Body Shop, ale myślę, że w najbliższych miesiącach Farmona wyprzedzi te dwie firmy. Ich produkty wypróbowałam już prawie wszystkie, zaś Sweet Secret posiada jeszcze wiele kuszących propozycji, po które z pewnością sięgnę.

niedziela, 16 grudnia 2012

Farmona Tutti Frutti mango&brzoskwinia - peeling do ciała




Dziś strasznie poszalałam z napisami. :P W sumie średnio się podobają, ale nie miałam żadnego innego pomysłu na rozwiązanie problemu długiej nazwy. ;)
Dzisiejsza recenzja pisana jest w ramach pachnącej akcji, a jej przedmiotem będzie kosmetyk, który pachnie najpiękniej ze wszystkich, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się wąchać.
Koło maseł z linii Tutti Frutti firmy Farmona przechodziłam już mnóstwo razy, ale zawsze bałam się, że ich zapach będzie przesłodzony i chemiczny i ostatecznie nigdy się nie zdecydowałam. Ten peeling otrzymałam na Spotkaniu Śląskich Bloggerek (może tak powtórkę? :)) i muszę przyznać, że wpadłam po uszy i na pewno zdecyduję się na inne kosmetyki z tej serii. :)
Zacznijmy od składu i opisu producenta:


Produkt zamknięty jest w opakowaniu, które wydaje się ogromne. :) Zawiera 300 ml - nieco więcej, niż standardowe peelingi, ale też sporo mniej, niż ma się wrażenie patrząc na pudełko, dlatego nie dajcie się zwieść w sklepie. :) Opakowanie jest zakręcane, a mimo tego dosyć wygodne. Bez problemu da się je zakręcić nawet mokrymi rękoma. Jedynym problemem jest fakt, iż kosmetyk wyciągamy palcami, które pod prysznicem ciężko utrzymać w stanie suchym, bezpośrednio z pudełka. Wskutek tego zabiegu nieraz zdarzy się, że do środka dostanie się woda, co z pewnością nie wpływa pozytywnie na trwałość produktu. 
Z drugiej strony jego zużycie zajęło mi nadspodziewanie mało czasu, ale o tym za chwilę.


Zapach jest - jak już wspomniałam we wstępie - po prostu obłędny. Zakochałam się w nim i przez pierwsze dwa tygodnie stosowania produktu za każdym razem kiedy wchodziłam do łazienki odkręcałam opakowanie i wąchałam. :) Osobiście zdecydowanie bardziej wyczuwam mango, zaś narzeczony twierdzi, że czuje tylko brzoskwinię. :) Tym niemniej zapach jest piękny - słodki, ale nie mdlący. Szorowanie skóry przy użyciu tego produktu naprawdę poprawia nastrój.
Generalnie mango&brzoskwinia to peeling cukrowy, jednak na poniższym zdjęciu możecie zauważyć pojedyncze drobinki innego koloru. 
Cukier jak to cukier - złuszcza dobrze, ale po dłuższej chwili masowania rozpuszcza się. Z tego powodu doskonale nadaje się do peelingowania delikatniejszych okolic (np biustu, czy dekoltu). Osobiście używałam go do całego ciała i sprawdził się również świetnie, ale do ścierania stóp nadaje się już średnio.
Jak już wspominałam peeling jest średnio wydajny. Kiedy nakładam go na ciało, niezależnie od tego jak małą porcję nabiorę zawsze słychać uderzenia kryształków cukru o dno brodzika. Przyznam szczerze, że uwielbiam ten efekt dźwiękowy, ale nie zmienia to faktu, że duża część kosmetyku marnuje się w sposób bezpowrotny.
Wypeelingowana przy użyciu tego produktu skóra jest gładka, bardzo miękka i doskonale przygotowana na przyjęcie kosmetyków nawilżających. Nie ma tutaj jakichś nadzwyczajnych rezultatów, bo - było nie było - drobinki rozpuszczają się, ale dla takiego lenia jak ja, któremu i tak nie chce się szorować skóry w nieskończoność, efekt jest wystarczający.


Podsumowując: kupiłabym ten peeling ponownie dla samego zapachu nawet gdyby w ogóle nie działał. A ponieważ dodatkowo naprawdę nieźle radzi sobie ze zmiękczaniem i złuszczaniem skóry, zdecydowanie polecam!



poniedziałek, 26 listopada 2012

Avon Foot Works Healthy - porządny krem do stóp



Już od dłuższego czasu mam ochotę na recenzję kolorówki, ale szczerze powiedziawszy ie mam nawet nic nowego, co miałabym ochotę opisać. Trzeba przyznać, ze trochę zmądrzałam i przestałam nabywać szalone ilości kosmetyków kolorowych, które skazane są li i jedynie na zmarnowanie, bo nie ma takiej siły, by ktokolwiek (może z wyjątkiem osoby, która nakłada makijaż 50 osobom dziennie) był w stanie zużyć taką ich ilość.
Z drugiej strony ostatnio trafiam  na całe mnóstwo kosmetyków do pielęgnacji, które są naprawdę rewelacyjne i po prostu chcę się nimi z Wam podzielić.


W każdym razie, dzisiaj chciałam Wam pokazać kosmetyk firmy, której na ogół się u mnie nie uświadczy. Nie zamawiam z Avonu nie dlatego, że żywię jakąś szczególną awersję do tej firmy, ale dlatego, że lubię pomacać kosmetyk przed zakupem. Kupowanie kosmetyków to jeden z moich największych poprawiaczy humoru, więc nie chcę odbierać sobie przyjemności buszowania w drogerii, zwłaszcza, że alternatywą jest przeglądanie katalogu, który nie dość, że jest w 2D to jeszcze nie pozwala cieszyć zmysłu powonienia. :P Ten krem mogłam przetestować tylko dlatego, że odwiedzając dom rodzinny ustawicznie zapominam (a w istocie wcale nie zapominam, tylko specjalnie nie biorę, bo nie chce mi się dźwigać) o zabraniu tej części mojej pielęgnacji. 
Mam dzisiaj chyba dzień dygresji. ;) Od teraz postaram się trzymać tematu. :)
Na początek przeczytajcie co o kosmetyku mówi producent:


Nie jest tego wiele, a w dodatku nie mogę nawet pokazać Wam składu, bo mimo iż uchwyciłam go na zdjęciu, to obecnie już go nie posiadam, ponieważ podczas obrabiania zdjęć słuchałam sobie książki Meg Cabot "Topmodelka 3" odczytywaną przez Narzeczonego i jakoś zupełnie bez pomyślunku wycięłam.
Krem zamknięty jest w miękkiej i elastycznej tubce w porządnego plastiku. Tubka jest odkręcana, generalnie w tej kwestii nowatorstwa brak. Design opakowania podoba mi się, bardzo lubię wszelkie morskie i zielone odcienie. Stópki są urocze, zwracają uwagę i od pierwszego wejrzenia pozwalają zorientować się jaką treść zawiera opakowanie.


Konsystencja tego kremu jest dużo gęstsza, niż innych tego typu kosmetyków (z tymi z Avonu włącznie). Jest to duża zaleta z dwóch powodów: po pierwsze - krem nie leje się, jest wydajny, a góra tubki zawsze pozostaje czysta, a po drugie - bardziej treściwe konsystencje (przynajmniej w moim odczuciu) są bardziej nawilżające, wchłaniają się dłużej i głębiej. Krem jest jakby żelowy, nie w pełni biały, ale jakby trochę przezroczysty.
Zapach: bardzo przyjemny. Lekko miętowy, zasadniczo nie rzucający się w nos.
Masowanie stóp przy użyciu tego kremu należy do najprzyjemniejszych zabiegów w mojej rutynie. Przez to, że produkt jest treściwy stopy zyskują odpowiedni poślizg, więc masaż nie jest męczący.
Po użyciu kosmetyku, na stópki zawsze zakładam skarpetki i tak chodzę. Po ich zdjęciu stopy są odczuwalnie miększe, dużo gładsze i po prostu ładniej się prezentują. Wydaje mi się, że ten krem naprawdę bardzo porządnie i dogłębnie je nawilża, ponieważ efekt utrzymuje się u mnie przez co najmniej dwa dni (w tym jedną do dwóch kąpieli).


Podsumowując: krem Avon foot works healthy znajduję bardzo przyjemnym i chętnie do niego wrócę. Porządnie nawilża, ładnie pachnie i posiada konsystencję która jest prosta w stosowaniu. Polecam.


piątek, 9 listopada 2012

Per aspera ad astra, czyli o ciężkiej drodze do pielęgnacji idealnej


W życiu zmagałam się już z mnóstwem problemów mojej cery. Sytuacja nieco uregulowała się wskutek stosowania antykoncepcji, ale po jej odstawieniu kłopoty znów się zaczęły. Teraz - w końcu - udało mi się nad nią zapanować. Metodą prób i błędów odnalazłam optymalny zestaw kosmetyków do twarzy, który rzeczywiście działa! 
Ostatnio "nieprzyjaciele" pojawiają się na mojej twarzy bardzo sporadycznie, nos nie świeci mi się do samego wieczora, a skórę mam tak gładka jak chyba nigdy. Duże znaczenie w całej sprawie ma niewątpliwie fakt, że rzuciłam palenie oraz, że każdego dnia spożywam hektolitry wody. Tym niemniej chciałabym pokazać Wam 100% mojej pielęgnacji. Nosiłam się z tym zamiarem od jakiegoś czasu i myślę, że może moje zmagania pomogą komuś w dobraniu idealnego kremu, czy peelingu, oszczędzając trochę czasu. ;)
Zaczynajmy więc:

Po pierwsze oczyszczanie


Do mycia twarzy używam tylko i wyłącznie powyższego żelu. Jego recenzję znajdziecie tutaj. Lubię go, bo nie jest agresywny. Po prostu dokładnie oczyszcza moją buzię nie wysuszając jej ani nie napinając. Używam go raz dziennie, zdarza mi się także wykorzystywać go do peeligu gąbeczką Konjac.


Do demakijażu używam już wyłącznie słynnego micela Biodermy H2O. Radzi sobie ze wszystkim: ciężkimi podkładami, wodoodpornymi linerami i tuszami, oraz pomadkami. Czasem używam go też do mycia pędzli, ale rzadko, bo po prostu mi go szkoda. ;) Jest przeze mnie wykorzystywany również do porannego odświeżenia buzi. Jego recenzję znajdziecie tutaj.

Po drugie: dobry peeling


Powyższego kosmetyku używam od jakiegoś pół roku. Jest to peeling chemiczny do cery tłustej i mieszanej.  Producent zaleca stosować go co drugi dzień, ale ja nieco zmodyfikowałam tę radę. Moje nocne kosmetyki stosuję według następującego schematu: pierwszego dnia peeling, drugiego krem przeciwzmarszczkowy, a trzeciego - serum. Rzadsze stosowanie okazuje się dla mojej skóry zupełnie wystarczające i pozwala na lepsze nawilżenie (bo - było nie było - proporcja kosmetyków nawilżających do reszty wynosi 2:1 ;)). 
Peeling zostawiam na twarzy przez całą noc. Rano skóra jest wygładzona, mam również wrażenie, że kosmetyk przyspiesza gojenie wyprysków. Jego recenzja tutaj.


Od kiedy stosuję Biodermę Sebium Serum praktycznie nie stosuję innych peelingów. Jeżeli jednak zdarzy mi się zapomnieć zabrać go ze sobą używam powyższej gąbeczki. Nakładam na nią jedną pompkę żelu opisanego na samej górze i myję buzię. Sprawdza się bardzo dobrze, pieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu: buzia jest czysta, a naskórek złuszczony. Więcej o gąbeczce przeczytacie tutaj.

Ciężkie zadanie: krem idealny 
NA DZIEŃ


Od jakiegoś czasu powyższy kosmetyk to jedyny, który nakładam rano na twarz. Jest idealny. Trzyma sebum w ryzach, nieco wygładza skórę, superszybko się wchłania (poważnie, po jego nałożeniu można od razu kłaść podkład), a co najważniejsze - nie szkodzi. ;) To mój numer jeden i póki co nie zamierzam eksperymentować z kremem na dzień. Więcej o nim przeczytacie tutaj.

NA NOC

Jeżeli chodzi o krem na noc to jest to jedyne pole, gdzie zdarza mi się ostatnio próbować czegoś nowego. W tej kwestii liczy się dla mnie właściwie tylko to, żeby był mocno nawilżający i regenerował. Ponieważ mój krem na dzień tego zadania nie spełnia, specyfik na noc musi działać za nich dwóch. :) Jakiś czas temu zauważyłam u siebie pierwsze zmarszczki, więc staram się wybierać produkty, które pomagają im przeciwdziałać. Poniżej możecie zobaczyć dwa przykładowe kremy, które stosowałam ostatnio.






AGENT DO ZADAŃ SPECJALNYCH


Szczerze powiedziawszy ten kosmetyk jest przeze mnie stosowany dosyć rzadko. Jego działanie nastawione jest typowo na likwidowanie pryszczy. Używam go w dwojaki sposób. Po pierwsze, wówczas, kiedy  moja twarz zmieniała się w poorany kraterami księżyc (na szczęście nie miało to miejsca często ;)) stosowałam go zamiast kremu na noc. Po kilku dniach sytuacja normalizowała się.
Ponadto zdarza mi się nakładać go punktowo na zmiany trądzikowe. Robię to rzadko, bo jak już pojawi mi się jakiś "babol" to staram się jak najmniej go dotykać. Krostki goją się nieco szybciej, ale nie na tyle, żebym potrafiła zdobyć się na systematyczność.
Recenzja tutaj.

SERUM

Jako-tako serum nie powinno być umieszczone w kategorii "kremy", ale chcę, żeby notatka była czytelna, a stosowanie jest w sumie podobne. :)


Nie zdążyłam jeszcze zrecenzować serum, którego aktualnie używam. Planuję zrobić to w najbliższej przyszłości. Póki co powiem Wam tylko, że ten kosmetyk ma cudowną konsystencję, doskonale się rozprowadza, a skóra zarówno bezpośrednio po użyciu jak i rano jest po prostu cudowna: idealnie miękka i gładka.

Praca u podstaw, czyli maski
Używam dwóch rodzajów masek:
OCZYSZCZAJĄCE


... a jeżeli takie to tylko glinka zielona. :) Mam kilku ulubieńców, między innymi przedstawioną wyżej perfekcję firmy Dermika. Ostatnio odkryłam jakąś nową w Naturze, ale stosowanie Perfekcji jest przyjemniejsze, bo jej zapach jest absolutnie cudowny. ;)
Więcej o tej maseczce możecie przeczytać tutaj.

NAWILŻAJĄCE


Kiedyś myślałam, że jak mam cerę mieszaną to nawilżać swojej skóry nie muszę. Dlatego kiedy wygrałam dziesięć kompletów masek takich jak ta zaprezentowana na powyższym zdjęciu nie miałam pojęcia co z nimi zrobię. Muszę jednak przyznać, że nawet się z nimi polubiłam. Trochę kleją i moja twarz nie wchłania ich w 100%, ale myślę, że warto od czasu do czasu się przemęczyć, bo efekty są znakomite. 
Więcej o maseczce przeczytacie tutaj.

Jak można zauważyć w kwestii pielęgnacji twarzy szczególnie upodobałam sobie produkty z serii Bioderma Sebium. Uważam, że są świetne, moja skóra reaguje na nie lepiej, niż na sporo droższe La Roche Posay, czy Pharmaceris. Polecam je każdemu, firma posiada bardzo wiele linii nadających się do różnych rodzajów skóry, także tych wymagających. Wszystkie serie Biodermy możecie zobaczyć (i kupić ;)) np. na stronie iperfumy. Są tam dostępne nawet te kosmetyki, które trudno znaleźć w innych sklepach.

Szukając zdjęć i linków do powyższej notki zauważyłam, że już raz pisałam o mojej pielęgnacji. Trochę się zmieniło, więc jeżeli jesteście zainteresowane, zapraszam tutaj.



LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...