Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masło do ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masło do ciała. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 lipca 2013

Orientana - masło do ciała jaśmin i zielona herbata


Dziś pokażę Wam największy, w mojej opinii, hit Orientany. Jest nim masło do ciała, które uwielbiam. Podczas najbliższych zakupów wezmę na pewno nie tylko tę wersję, ale jeszcze jakąś inną - na próbę. 


Prezentowany dziś kosmetyk to najbardziej nietypowe masło, jakie trzymałam kiedykolwiek w swoich dłoniach. Jego konsystencja jest strasznie dziwna - szczerze powiedziawszy, pierwszą myślą, jaka wpadła mi do głowy po zajrzeniu do pudełeczka było: czy ono nie jest aby zepsute? Kosmetyk wygląda jakby się zwarzył, w oleistej bazie zanurzone są miękkie drobinki. Kiedy rozsmarowujemy produkt na skórze, drobinki w sposób naturalny rozpuszczają się. Efekt, jaki pozostawia kosmetyk bardzo przypomina ten, który uzyskamy po użyciu oliwki, z tą jednakże różnicą, że wnika w skórę znacznie szybciej.
Zapach jest po prostu zniewalający, ale ja wybitnie kocham jaśmin (podobno to zapach mojego znaku zodiaku) i zieloną herbatę. Używanie jest bardzo przyjemne i skuteczne.
Drobnym minusem produktu jest fakt, że dosyć trudno jest utrzymać opakowanie w czystości. Tłusta masa brudzi wszystko z czym się zetknie, czego efekt widzicie na etykietce pokazanej na pierwszym zdjęciu. Zdradzę Wam w sekrecie, że produkt posiadał drugą nalepkę, z boku, ale tłuszcz zwyciężył z klejem, więc nawet nie wie pamiętam, co było tam napisane.
Poza tym masło jest dosyć drogie - kosztuje 40 zł za opakowanie, które jest co prawda baaardzo wydajne, ale w zasadzie niewielkie.


Zainteresowanym podaję skład: Butyrospermum Parkii Butter (masło shea), Theobroma Cacao Seed Butter (masło kakaowe), Mangifera Indica Seed Butter (masło mango), Garcinia Indica Seed Butter (masło kokum), Cera Alba (wosk pszczeli), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (olej migdałowy), Olea Europaea Husk Oil (oliwa z oliwek), Triticum Vulgare Germ Oil (olej z kielków pszenicy), Vitis Vinifera Seed Oil (olej z pestek winogron), Tocopherol (wit.E), Helianthus Annuus  Seed Oil (olej słonecznikowy), Plant Glycerin (gliceryna roslinna), Aloe Barbadensis Leaf Juice (ekstrakt z aloesu), Jasminum Sambac Flower Extract (ekstrakt jasminowy), Camellia Sinesis Leaf Extract (ekstrakt z liści zielonej herbaty).


Podsumowując: mimo wysokiej ceny - bardzo polecam. Masło Orientany jest jednym z najlepszych kosmetyków do pielęgnacji ciała, z jakimi miałam do czynienia (a jestem naprawdę wielką fanką maseł :)).

sobota, 22 grudnia 2012

Farmona Sweet Secret - masło do ciała wanilia i daktyle




Dziś kolejna notka związana z pachnącą akcją (mówiłam, że wezmę się w garść! :D). Wart zauważenia jest fakt, że to już drugi produkt w jej ramach, który pochodzi z tej samej firmy - Farmony. Muszę przyznać, że pod względem zapachów, kosmetyki nie mają sobie równych. Zostawiają w tyle nawet The Body Shop. Co ciekawe moja przygoda z tymi produktami dopiero się zaczęła - jasne, widywałam je w drogeriach, ale zawsze coś powstrzymywało mnie przed zakupem. Teraz jestem pewna, że skuszę się na kolejne.
Przeczytajcie co o maśle pisze producent:


Opakowanie typowe dla maseł - w tej kwestii rozpisywać się nie ma sensu. Wiadomo, że tłustymi łapskami zakręcić trudno, ale alternatywy brak. Pojemność również standardowa - 250 ml. Produkt zabezpieczony sreberkiem, więc strachu, że ktoś maczał paluchy brak.


Konsystencja jest wprost doskonała. Bez wątpienia jest to masło - gęste, zbite i treściwe, ale jednocześnie cudownie wilgotne, mięciutkie i absurdalnie nawilżające. Nakładając produkt na ciało już od pierwszej chwili czuć jego działanie. Początkowo delikatnie otula ciało sprawiając, że wszelkie podrażnienia (np po goleniu) przestają doskwierać. W następnej chwili wchłania się (naprawdę błyskawicznie!) sprawiając, że nasza skóra jest miękka i bardzo delikatna. Trzecią istotną rzeczą jest fakt, że nawilżenie, mimo iż odczuwalne przez kilkanaście kolejnych godzin pozostaje pod naskórkiem - nie ma tutaj mowy o obrzydliwym, tłustym filmie, który najchętniej od razu spłukałoby się wodą.
Zapach jest wprost cudowny, choć bardziej, niż z daktylami kojarzy mi się z waniliowym sernikiem z rodzynkami. Tak, czy siak - pycha! :D
Wydajność przeciętna - trochę nałożyć trzeba, ale ubytek nie jest porażający.


Podsumowując: w kwestii masełek istniały dla mnie zawsze jedynie Bielenda i The Body Shop, ale myślę, że w najbliższych miesiącach Farmona wyprzedzi te dwie firmy. Ich produkty wypróbowałam już prawie wszystkie, zaś Sweet Secret posiada jeszcze wiele kuszących propozycji, po które z pewnością sięgnę.

sobota, 3 listopada 2012

Biedronkowe masło BeBeauty Spa Lemon



Strasznie lubię kosmetyki z Biedronki. Zakochałam się w nich ponad rok temu, kiedy w sklepach królowała oferta ze słynnej gazetki "Tajemnice Urody". Wówczas zakupiłam trzy peelingi i trzy masła do ciała. Polubiłam się z nimi tak bardzo, że praktycznie wszystko mi się pokończyło. ;) Kiedy jakiś czas temu znalazłam w dyskoncie kolejne, nieco inne masło do ciała, wzięłam je bez zastanowienia. Biedronka przyzwyczaiła mnie, że ich kosmetyki są po prostu dobre. Mimo że ten kosmetyk w niczym nie przypomina masełek, które miałam wcześniej (słynna Afryka, Azja i Brazylia), jestem bardzo zadowolona z jego zakupu. Na zimę nadaje się wprost doskonale.


Opakowanie jest bardzo praktyczne i - co tu dużo mówić - po prostu solidne. Plastik jest twardy, pojemnik - zakręcany. Jak zwykle trochę w tej kwestii ponarzekam - tłustymi od kosmetyku rękami dosyć trudno poradzić sobie z zakręceniem. Z drugiej strony przy tak gęstej konsystencji nie ma chyba innej alternatywy.
Design opakowana podoba mi się mniej, niż miało to miejsce przy poprzedniej odsłonie. Tył uważam za całkiem niezły, ale układ graficzny widoczny na nakrętce po prostu nie jest w moim guście. Nawet nie wiem czemu. Jest chyba po prostu zbyt równy, brak mu polotu. Gdybym nie wiedziała co znajdę w środku raczej nie zdecydowałabym się na zakup. 


Jak już wspomniałam, to masło nie ma nic wspólnego, z tymi, które mogliśmy obejrzeć w poprzedniej odsłonie. Tamte były dużo rzadsze, może nawet odrobinę lejące. Ten kosmetyk sprawia wrażenie prawdziwego twardziela. W istocie jest po prostu bardzo gęsty, wydaje mi się, że nawet gęstszy, niż jedna z części masełka Duo The Body Shop.
Mimo tego używa się go bardzo dobrze. Wyciąganie produktu nie jest problematyczne (a byłam przekonana, że będzie!). Kosmetyk mięknie pod naciskiem palców i nie trzeba go wydłubywać. W gruncie rzeczy aplikuje się go jak każde inne masło.
Dużym zaskoczeniem było dla mnie zaskakująco szybkie wchłanianie się produktu. Mimo iż nakłada się go "grudkami", na ciele rozprowadza się doskonale, co więcej nie pozostawia warstwy, która wchłania się przez dłuższy czas, lecz wnikaja w skórę od razu! Zdziwiło mnie głównie dlatego, że wspomnianą już gęstszą część masła z The Body Shop moja skóra "piła" dużo wolniej.
Po użyciu skóra jest dobrze nawilżona i miękka. Kosmetyk nie zostawia na niej tłustego, nieprzyjemnego filmu. Zapach utrzymuje się nawet dosyć długo. ;)


Podsumowując: nawet jeżeli to masło nie bije innych pod względem jakości (ale też absolutnie im nie ustępuje!), jego największą zaletą jest śmiesznie niska cena. Początkowo kosmetyki te kosztowały 5,90 zł! Później cena podskoczyła do 7,90 zł i chyba właśnie tyle wydałam na zakup tego konkretnego. To co najmniej dwa razy mniej, niż w przypadku innych firm. Zdecydowanie polecam, na pewno kupię ponownie.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Bielenda: Czarna Oliwka - masło do skóry suchej i bardzo suchej



O tym, że uwielbiam masła chyba już wiecie. Prawdopodobnie zauważyłyście także, że uwielbiam produkty Bielendy. ;) Czego raczej nie wiecie, to fakt, że uwielbiam również oliwki. Kiedy, więc zobaczyłam to masło, w mojej głowie zapaliło się około miliona lampek. Jednakże "chodziłam" koło niego przez kilka miesięcy, nie mogąc się zdecydować. Dlaczego? Obawiałam się o zapach - nie potrafiłam sobie wyobrazić zapachu oliwek w kosmetycznym pudełku.


Masło jest zamknięte w takim opakowaniu jak wszystkie produkty Bielendy tego typu. Jest to nowa linia - są one okrągłe, dosyć wysokie i bardzo solidne. Kiedyś były niższe i zaokrąglone na końcach, teraz wyglądają jak duży, ciężki walec. ;) Charakterystyczny dla opakowań tej firmy jest fakt, że w zewnętrznym, olbrzymim pudełku, znajduje się drugie, mniejsze. Plusem tego rozwiązania jest to, że jest ono praktycznie niezniszczalne. Minus - nigdy do końca nie wiadomo ile kosmetyku nam zostało. Objętość: 200 ml, cena: 16-20 zł (w zależności od sklepu).


Zapach w niczym nie przypomina mi oliwek. ;) Przez pierwsze trzy dni posiadania tego masła staraliśmy się z lubym rozgryźć jaką woń wyczuwamy wąchając kosmetyk. I nagle, pewnego wieczoru, wmasowując sobie produkt w łydkę zrozumiałam! ;) To gruszka! A konkretnie gruszka z kompotu. :) I przyznam szczerze, że mimo iż naprawdę nie lubię gruszek (a zwłaszcza w kompocie!) to ten zapach bardzo mi się podoba. Niemniej jednak jest na tyle charakterystyczny, że radzę powąchać przed zakupem.
Masełko jest fantastyczne. Jego konsystencja jest gęsta, zbita, mimo to jest miękkie i miłe w dotyku. Rewelacyjnie rozprowadza się je na skórze i - choć moja nie jest sucha, ani bardzo sucha - naprawdę szybko wnika w skórę. Pozostawia uczucie przyjemnego komfortu, wyraźną warstwę ochronną, która osłania nasze ciało przed przeciwnościami losu. ;) Nie ma to jednak nic wspólnego z nieprzyjemnym, tłustym filmem, jaki pozostawiają na skórze niektóre kosmetyki.
Nawilżenie jest intensywne i "wystarczy" na długo - w zasadzie za każdym razem znikało dopiero po kąpieli.


Podsumowując: polecam zarówno to masło, jak i wszystkie inne tej firmy. Są świetne, bardzo je lubię i nie spocznę dopóki nie wypróbuję wszystkich. :)

niedziela, 18 września 2011

Bielenda - masło do ciała Awokado, cera sucha i odwodniona


Masełko to było ostatnio recenzowane na kilku blogach, postawiłam jednak, że zrecenzuję je i ja, zwłaszcza, że używam go już od dawna i mam o nim wyrobioną opinię.
Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że jestem wielką fanką maseł Bielendy, więc moja recenzja nie będzie w pełni obiektywna. Już dawno postanowiłam, że muszę wypróbować wszystkie. ;) Póki co nie kupuję nowych, ponieważ muszę wykończyć to, co mam.


Masło oprócz "opakowania właściwego" posiada także kartonową nakładkę. W kwestii dokładania nadmiernej ilości opakowań w zestawieniu z informacją "100%" eko na boku już się wypowiadałam. Poza tym opakowanie jest ok - jest to klasyczny odkręcany pojemnik typowy dla kosmetyków tego rodzaju. Jego wyjątkowość polega na tym, że w zewnętrznym, kolorowym i miękkim plastiku jest zatopione drugi pojemnik - przezroczysty i z grubszego plastiku. Przez to opakowanie wydaje się być ogromne, mimo że jego pojemność jest standardowa (200 ml). 


Oprócz tego mamy do czynienia z nakładką, która zapewnia nam, że jesteśmy pierwszymi użytkowniczkami produktu.


Konsystencja - jak we wszystkich masłach Bielendy, z którymi miałam jak dotąd do czynienia - jest bardzo przyjemna. Kremowa, "mokra", nawilżająca już od pierwszego zetknięcia ze skórą. Jest nieco lejąca, ale nie w taki sposób, by przeszkadzać w aplikowaniu produktu.
Zapach, który w zamierzeniu miał być zapachem awokado, mi bardziej przypomina melon (wspominałam o tym przy recenzji maski do twarzy z tej serii). Jest nieco duszący, ale w mojej opinii przyjemny. Na początku nieco mi przeszkadzał, ale teraz go uwielbiam.


Masło przewidziane jest dla skóry suchej i odwodnionej. Nie posiadam takowej, ale uważam, że nie jest możliwe zbyt mocne nawilżenie ciała - używam go zatem z przyjemnością. Po jego użyciu skóra jest przyjemnie orzeźwiona, delikatna i nienapięta. Efekt utrzymuje się dosyć długo, ale nie jest to poziom np. twardszej części masła Duo The Body Shop. Jednak wynik jest przyzwoity. Masło dobrze radzi sobie z suchą skórą na łokciach i kolanach, ale z piętami - już niespecjalnie. Jednakże do smarowania stóp służą kosmetyki do tego przeznaczone. ;)

Podsumowując: osobom lubiącym poznawać nowe produkty do pielęgnacji ciała - polecam. Osobom, które nie lubią przeznaczać zbyt dużo pieniędzy na pielęgnację radzę wybrać, któryś z produktów Biedronki, ponieważ masłom Bielendy nie ustępują w kwestii właściwości, a co najwyżej zapachów (i to też tylko w mojej opinii). ;)

Pozdrawiam!

sobota, 10 września 2011

Stara Mydlarnia: body butter black currant

Jak może już zauważyliście jestem wielką fanką maseł do ciała. To zakupiłam w ramach eksplorowania masłowego świata i szczerze powiedziawszy zakupu żałuję. Dlaczego? O tym za chwilę.

Wybaczcie prześwietlone zdjęcie, ale standardowe foto "z góry", które zwykłam robić wyszło niestety mało estetycznie:

Jak widzicie naklejka na opakowaniu mojego odchodzi. ;)

Opakowanie - standardowe. Kształtem i rozmiarem przypomina opakowania maseł Bielendy, jest jednak od niego nieco mniejsze. Pojemność nieco większa niż w wypadku większości maseł - 250 ml. Cena: 16,45.


Na opakowaniu znajduje się opis produktu.
Co mnie w tym maśle ujęło, a co za tym idzie skłoniło do zakupu to przepiękny, absolutnie fantastyczny zapach. Jest na prawdę rewelacyjny, taki czysty, słodki, a przy tym świeży. Jest bardzo spożywczy, kojarzy mi się z koktajlem jagodowym, aczkolwiek, jak już wspominałam, zawiera słodką nutę czarnej porzeczki.
Opakowanie jest dodatkowo zabezpieczone plastikową wkładką.


Jego konsystencja jest bardzo specyficzna. Jest dosyć twarda, w żadnym razie nie lejąca. Jest to jednak inny rodzaj twardości niż np w masłach Duo The Body Shop. Tamto bowiem jest po prostu zwarte. Stara Mydlarnia natomiast, sprawia wrażenie struktury niejednolitej, choć w rzeczywistości jest raczej gładka. Wybaczcie dość nieskładny opis, ale to masło na prawdę jest jedyne w swoim rodzaju i trudno mi znaleźć słowa, by opisać jego konsystencję.
W kwestii stosowania: w kosmetyku irytują mnie zaraz na wstępie dwie rzeczy. Po pierwsze - czas wchłaniania. Chyba nie spotkałam kosmetyku, który trzeba by wsmarowywać równie długo. Posmarowanie całego ciała zajmuje mi całą wieczność. Drugim jego minusem jest fakt, że nawet stosując masło na oczyszczoną skórę zbiera się ono w kulki. Nie zawsze, ale często.
Przyznam się bez bicia, że przez powyższe cechy, produkt ten jest przeze mnie stosowany rzadko. Mimo tego jestem w stanie powiedzieć kilka słów o jego właściwościach pielęgnujących. 
Producent twierdzi, iż masło doskonale nawilża, odżywia i regeneruje. Z opisem tym nie mogę się nie zgodzić. Produkt świetnie nadaje się do masażu - wówczas nie irytuje fakt, iż długo się wchłania. Skóra po jego użyciu jest zrelaksowana i bardzo przyjemna w dotyku. Dodatkowo, wg zapewnień producenta, masło powinno hamować proces starzenia się skóry. Tego jednak nie potrafię ocenić, ponieważ - jak już wspomniałam - brak mi regularności jego stosowania, a takie efekty na pewno jej wymagają.


Podsumowując: ja na pewno nie kupię go ponownie, ale jeżeli niestraszne wam długotrwałe masowanie ciała, a do tego lubicie produkty, które pieszczą wasz zmysł węchu - polecam.

niedziela, 4 września 2011

BeBeauty: Ujędrniające masło do ciała z ekstraktem z guarany Brazylia

Dziś przedstawię Wam ostatnie z maseł zakupionych przeze mnie w Biedronce. Muszę narzucić sobie taką dyscyplinę do pozostałych kosmetyków pielęgnacyjnych, które posiadam, bo o ile z tymi masełkami poszło szybko, o tyle za kilka na prawdę fajnych produktów, które mam i, które bardzo chciałabym Wam pokazać po prostu nie umiem się zabrać. ;)


Opakowanie jest dokładnie takie samo jak w przypadku pozostałych masełek z kolekcji (linki do notek: Azja i Afryka). Wygodne, pozwalające na bezproblemowe nabieranie produktu. Na pewno też nie będzie z nim problemów kiedy kosmetyk będzie się kończył. Pojemność 200 ml, cena około 5, 50 zł.


Z tyłu podobnie jak w pozostałych dwóch przypadkach etykieta z informacjami. W wymowie dosyć podobna do Afryki, a więc rewitalizuje skórę, pobudza zmysły, wyzwala niezapomniane emocje. Natomiast jeżeli chodzi o konkrety: poprawia sprężystość i elastyczność skóry (...) odświeża, dodaje energii ciału i duszy. Do tego dzięki kofeinie mamy działanie wyszczuplające, a dzięki trawie cytrynowej - antyseptyczne, odświeżające i zmiękczające. 


Zapach jest... ciekawy. Zdecydowanie jest to zapach zielonego jabłuszka, jednakże wąchając masełko nie mogę pozbyć się (dosyć silnych) skojarzeń z... płynem do naczyń. Zwłaszcza wąchając masło w opakowaniu nie mogę pozbyć się tego wrażenia. Na skórze kosmetyk odrobinę zmienia zapach w stronę jabłuszka, do tego dosyć szybko się ulatnia, więc nie jest to jakiś olbrzymi problem. Po kilku godzinach na skórze wyczuwalna jest w zasadzie tylko lekka, kosmetyczna woń.
Jeżeli chodzi o właściwości masełka to posiada równie przyjemną konsystencję co dwa pozostałe z tej serii. Miękkie, rewelacyjnie nawilżające od pierwszego zetknięcia ze skórą. Dobrze się rozprowadza, bardzo szybko się wchłania, odświeża i odpręża skórę. Po jego użyciu jest zrelaksowana, elastyczna, przyjemnie miękka i delikatna.


Podsumowując: Ujędrniające masło do ciała Brazylia jest kolejnym dobrym kosmetykiem, który proponuje nam Biedronka. :) Rozwiązanie to jest idealne zwłaszcza dla osób, które nie chcą wydawać fortuny na kosmetyki lubiąc jednocześnie mieć coś przyjemnego do pomazania się. Polecam! :)

wtorek, 30 sierpnia 2011

BeBeauty: Odżywcze masło do ciała z ekstraktem z passiflory Afryka

Ostatnio było sporo o makijażu dlatego dzisiaj wrócę do recenzowania pokazywanych ostatnio produktów pielęgnacyjnych z Biedronki. W dzisiejszej odsłonie masło Afryka.


Masło Afryka posiada podobne "parametry" jak opisywana kilka postów wcześniej Azja: zakręcane, wygodne w użyciu opakowanie mieszące 200 ml produktu, zabezpieczone ochronną folią. Cena kosmetyku również jest taka sama - kosztuje ok. 5,50 zł. Opakowanie jest w mojej opinii estetyczne, nieprzeładowane, po prostu ładne.


Podobnie jak w przypadku masła Azja, z tyłu znajduje się opis produktu. Mamy tu częściowo konkretne informacje, częściowo zaś pożywkę dla duszy, tzn treści dotyczące pobudzania naszych zmysłów i wyzwalania uczuć. Konkretne obietnice dotyczą odżywienia i nawilżania skóry oraz stymulowania mikrokrążenia i działania rewitalizującego.
Co z zapachem? Podczas pierwszej oceny stwierdziłam, że niespecjalnie mi się spodobał. Z biegiem czasu jednak przyzwyczaiłam się do niego i obecnie mogłabym nawet powiedzieć, że mi nie przeszkadza. Jest to co prawda zapach dosyć ciężki, bardziej na zimę niż na lato, ale ładny. W przeciwieństwie do swojego azjatyckiego odpowiednika nie ma problemu ze zbyt intensywnym efektem przy nakładaniu. Na skórze zapach utrzymuje się jednak bardzo długo - przez pierwszą godzinę czuć, że po prostu unosi się wokół nas - nawet bez zbliżania nosa do powierzchni nasmarowanej.


Konsystencja masełka jest odrobinę gęstsza niż Azji (takie przynajmniej mam wrażenie, jednak nie mam przy sobie odpowiednika, by porównać) i równie mokra - w taki przyjemny sposób tak, że ma się wrażenie, że skóra jest nawilżana od pierwszego momentu zetknięcia z masełkiem. Kosmetyk rewelacyjnie się rozprowadza, jest bardzo gładki i miękki. Pokrycie skóry równomierną jego warstwą zajmuje dosłownie moment, nie ma tu mowy o sytuacji, w której smarujemy i smarujemy, a jedyne co ukazuje się naszym oczom to jeszcze większa ilość kosmetyku do wchłonięcia. Masło bardzo dobrze odżywia skórę - używałam go podczas upałów mających miejsce kilka dni temu. Moja skóra była wtedy poszarzała, bardzo sztywna i krucha, a po użyciu tego masła stawała się gładka i miękka, od razu nabierała koloru. Wydaje mi się też, że kosmetyk przedłużał uczucie chłodu po zimnej kąpieli, które w tamtych dniach było na prawdę pożądane (choć może to tylko moje wrażenie).


Podsumowując: masełko Afryka w wielu względach odpowiada mi bardziej niż Azja. Jego jedynym (w mojej opinii) problemem jest zapach, który choć już mnie nie odrzuca to nadal nie jest w moim stylu. Nie wykluczam jednak, że na zimowe miesiące, do grzanego wina, to masło stanie się moim ulubieńcem.

sobota, 27 sierpnia 2011

BeBeauty: Wygładzające masło do ciała z ekstraktem z bawełny Azja

Dla osób czytających mojego bloga nie jest tajemnicą, że bardzo lubię kosmetyki Biedronki. I aż mnie skręcało oglądając jak inne dziewczyny dodają na swoich blogach recenzje najnowszych ich produktów. A ja najpierw byłam chora, a potem w mojej Biedronce zapasy się skończyły. Zatem kiedy wczoraj dojrzałam te produkty wzięłam bez wahania. Jak tylko przyszłam do domu wzięłam się do testów. Na pierwszy ogień idzie masło z ekstraktem z bawełny Azja.


Masło jest zamknięte w typowym dla kosmetyku tego typu opakowaniu. Jest okrągłe, zakręcane, wielkością i kształtem najbardziej przypomina mi masła The Body Shop. Opakowanie zawiera 200 ml produktu i kosztuje około 5,50 zł. Cena zatem niemal 3 razy niższa niż innych masełek.


Z tyłu opakowania znajduje się opis produktu. Muszę przyznać, że zapach tego masła przypadł mi do gustu najbardziej ze wszystkich. Jednak osobiście uważam, że mogłoby być ciut mniej intensywne. Nie powiem, na skórze szybko traci na intensywności, ale w pokoju pachniało mi jeszcze przez dobrych 20 minut. :) Zapach, który w opakowaniu wydawał mi się prześliczny podczas nakładania stał się prawie nie do zniesienia przez tę intensywność właśnie. Na skórze jednak ponownie pachniał pięknie.


W środku kosmetyk jest zabezpieczony folią ochronną - ponieważ nie ma dodatkowego opakowania (na szczęście!) pozwala ona mieć pewność, że nikt przed nami masła nie dotykał.
Konsystencja jest dokładnie taka, jaką masło mieć powinno. ;) Kremowa i gęsta, ale jednocześnie dosyć mokra (chodzi o wrażenie, a nie o konsystencję) i nawilżająca niemal od pierwszego dotyku. Rewelacja!


Producent obiecuje ożywienie i wygładzenie skóry. Zgadzam się z takim opisem. Po użyciu masła skóra jest odświeżona, delikatna i oddychająca. W pierwszej chwili czuję się co prawda nieco zamroczona wspomnianym już zapachem, ale kiedy odrobinę wywietrzeje można spokojnie ocenić efekty. ;) Skóra jest dobrze nawilżona i miękka - nawet ta na łokciach i kolanach. W przypadku pięt masło nie poradziło sobie w pełni, ale ja tego od niego nie oczekuję - kremów do stóp mam całe stosy. W opisie możemy także przeczytać, iż regularne stosowanie kosmetyku odżywia skórę (jeszcze nie mogę się w tej kwestii wypowiedzieć ;)) oraz, że kosmetyk dzięki swemu aromatowi uspokaja, relaksuje i niweluje stres i zmęczenie. Co do zmęczenia - owszem działa. Wczoraj mój (od niedawna) narzeczony wymasował mi plecy przy jego użyciu i na prawdę było to bardzo przyjemne. Choć nie wiadomo jaką część tego sukcesu należy przypisać masażowi, a jaką masełku.
Chciałam jeszcze podzielić się z wami opinią, którą zasłyszałam (za pośrednictwem mojej mamy) od osoby, która pracuje w firmie, gdzie produkowane są kosmetyki dla m.in. Biedronki. Otóż podobno ten dyskont ma największe wymagania jakościowe jeżeli chodzi o zamawiane produkty. Trzeba przyznać, że daje się to odczuć używając tych hitów kosmetycznych za ceny na prawdę na (prawie) każdą kieszeń.

czwartek, 14 lipca 2011

Masło Bielenda Granat - skóra normalna


Zacznę od tego, że bardzo lubię masła Bielendy. Oprócz Granatu używam również Awokado i Oliwki, a w planie mam przetestować wszystkie, bo są bardzo dobre.


Masło zamknięte jest w dużym, plastikowym pojemniku. W środku zewnętrznego opakowania znajduje się przezroczysta i solidna wkładka znacznie spłycająca powierzchnię przeznaczoną na kosmetyk. Pojemność jest standardowa (200 ml), a opakowanie niemal dwa razy większe niż w innych masłach. I w tym szczególe tkwi tajemnica. ;)
Jeżeli chodzi o właściwości kosmetyku to masło jest na prawdę przyjemne w użyciu. Przyjemnie się rozprowadza, nie podrażnia skóry - a wręcz przeciwnie - często używam go dla ukojenia skóry po goleniu. Produkt szybko się wchłania, nie pozostawiając nieprzyjemnego uczucia lepkości na skórze. Jeżeli chodzi o nawilżanie to, mimo iż jest to docelowo kosmetyk dla cery normalnej, masło funduje nam  na prawdę sporą jego dawkę. Po użyciu skóra jest miękka, odprężona i delikatna, nawet w takie dni jak wczoraj (okropny upał!).
Zapach masełka jest bardzo intensywny, ale - w mojej opinii - bardzo ładny. Taki kwiatowo-owocowy, trochę kojarzy mi się ze słodkim groszkiem The Body Shop Duo.
Konsystencja jest dosyć gęsta - o wiele gęstsza niż np maseł Ziaji, ale znacznie rzadsza niż "twarda część" wzmiankowanego już The Body Shop Duo.
Generalnie - polecam. Jest to dobry kosmetyk za niewygórowaną cenę (ok 15 zł). W lecie trudno obejść się bez nawilżania skóry, które to zadanie przedstawiony produkt spełni znakomicie!



niedziela, 3 lipca 2011

The Body Shop: Body Butter Duo Sweet Pea



Masełko to zainteresowało mnie od kiedy po raz pierwszy o nim usłyszałam. Pomysł bardzo prosty: dwa oddzielne kosmetyki w jednym, funkcjonalnym opakowaniu. Jeden z nich należy stosować na skórę normalną, a drugi na miejsca przesuszające się. 



Konsystencja kosmetyków różni się znacznie. Połowa do skóry normalnej (na zdjęciu po lewej) jest rzadsza, prawie płynna, przypominająca bardziej balsam niż masło. Natomiast część przeznaczona do cery suchej jest dużo twardsza, najbardziej kojarzy mi się ze zmarzniętym masłem wyciągniętym z lodówki. 
Samo opakowanie bardzo mi się podoba. Jest proste, nie rzucające się w oczy, sensownie podzielone. Kosmetyk zabezpieczony jest folią ochronną. Ponieważ zamawiałam masełko na allegro warstwa ta uratowała je przed zmieszaniem, ponieważ - jak już wspomniałam część do skóry normalnej jest bardzo płynna, więc kiedy odebrawszy przesyłkę z poczty zerwałam wzmiankowaną folię, cała była w nim ulepiona.

Masło do skóry normalnej to w zasadzie nic odkrywczego. Owszem, świetnie nawilża, ma bardzo przyjemną konsystencje i naprawdę rewelacyjnie pachnie (zapach bardzo kwiatowy, tak bardzo, że wąchając go jedyne co mi przychodzi na myśl to kolor opakowania. ;) Nie sądziłam, że kiedykolwiek będzie mi dane używać czegoś, co pachnie tak intensywnie, że aż... kolorowo), ale te zadania spełnia wiele innych kosmetyków, które kosztują o wiele mniej. 

Część "normalna" przed rozsmarowaniem.
Część "normalna" lekko rozprowadzona.

Zachwyt zaczyna się przy części do zadań specjalnych. Przyznam szczerze, że kiedy po raz pierwszy zatopiłam w niej swoje palce to zastanawiałam się jak w ogóle uda mi się ten produkt rozprowadzić po ciele. Masa jest na prawdę bardzo zbita. Jednak kiedy tylko przeniesiemy ją z opakowania na ciało i zaczniemy rozsmarowywać to odkryjemy, że masa na ciele jakby zmieniała właściwości. Staje się miękka i gładka, otula nasze ciało jak najdelikatniejszy materiał pozostawiając po sobie chłodne uczucie odświeżenia. 
A jak z działaniem? Muszę przyznać, że masło radzi sobie z moją skórą rewelacyjnie. Stan łokci, kolan i przedramion poprawia się już od pierwszego użycia. Nawet stopy pod jej wpływem zmieniają się w miękkie jak u niemowlaka. Nawilżenie utrzymuje się w zasadzie do czasu, aż zdecydujemy się wziąć prysznic. 

Część "sucha" przed rozmazaniem.

Część "sucha" po lekkim rozmazaniu.

Podsumowując: jestem z tego kosmetyku bardzo zadowolona. Jest przyjemny w użyciu, świetnie nawilża i na prawdę pięknie pachnie. Zdecydowanie polecam.

Objętość: 200 ml, cena ok. 65 zł.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...