Dziś kolejna notka związana z pachnącą akcją (mówiłam, że wezmę się w garść! :D). Wart zauważenia jest fakt, że to już drugi produkt w jej ramach, który pochodzi z tej samej firmy - Farmony. Muszę przyznać, że pod względem zapachów, kosmetyki nie mają sobie równych. Zostawiają w tyle nawet The Body Shop. Co ciekawe moja przygoda z tymi produktami dopiero się zaczęła - jasne, widywałam je w drogeriach, ale zawsze coś powstrzymywało mnie przed zakupem. Teraz jestem pewna, że skuszę się na kolejne.
Przeczytajcie co o maśle pisze producent:
Opakowanie typowe dla maseł - w tej kwestii rozpisywać się nie ma sensu. Wiadomo, że tłustymi łapskami zakręcić trudno, ale alternatywy brak. Pojemność również standardowa - 250 ml. Produkt zabezpieczony sreberkiem, więc strachu, że ktoś maczał paluchy brak.
Konsystencja jest wprost doskonała. Bez wątpienia jest to masło - gęste, zbite i treściwe, ale jednocześnie cudownie wilgotne, mięciutkie i absurdalnie nawilżające. Nakładając produkt na ciało już od pierwszej chwili czuć jego działanie. Początkowo delikatnie otula ciało sprawiając, że wszelkie podrażnienia (np po goleniu) przestają doskwierać. W następnej chwili wchłania się (naprawdę błyskawicznie!) sprawiając, że nasza skóra jest miękka i bardzo delikatna. Trzecią istotną rzeczą jest fakt, że nawilżenie, mimo iż odczuwalne przez kilkanaście kolejnych godzin pozostaje pod naskórkiem - nie ma tutaj mowy o obrzydliwym, tłustym filmie, który najchętniej od razu spłukałoby się wodą.
Zapach jest wprost cudowny, choć bardziej, niż z daktylami kojarzy mi się z waniliowym sernikiem z rodzynkami. Tak, czy siak - pycha! :D
Wydajność przeciętna - trochę nałożyć trzeba, ale ubytek nie jest porażający.
Podsumowując: w kwestii masełek istniały dla mnie zawsze jedynie Bielenda i The Body Shop, ale myślę, że w najbliższych miesiącach Farmona wyprzedzi te dwie firmy. Ich produkty wypróbowałam już prawie wszystkie, zaś Sweet Secret posiada jeszcze wiele kuszących propozycji, po które z pewnością sięgnę.











