Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciało. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciało. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 grudnia 2012

Farmona Sweet Secret - masło do ciała wanilia i daktyle




Dziś kolejna notka związana z pachnącą akcją (mówiłam, że wezmę się w garść! :D). Wart zauważenia jest fakt, że to już drugi produkt w jej ramach, który pochodzi z tej samej firmy - Farmony. Muszę przyznać, że pod względem zapachów, kosmetyki nie mają sobie równych. Zostawiają w tyle nawet The Body Shop. Co ciekawe moja przygoda z tymi produktami dopiero się zaczęła - jasne, widywałam je w drogeriach, ale zawsze coś powstrzymywało mnie przed zakupem. Teraz jestem pewna, że skuszę się na kolejne.
Przeczytajcie co o maśle pisze producent:


Opakowanie typowe dla maseł - w tej kwestii rozpisywać się nie ma sensu. Wiadomo, że tłustymi łapskami zakręcić trudno, ale alternatywy brak. Pojemność również standardowa - 250 ml. Produkt zabezpieczony sreberkiem, więc strachu, że ktoś maczał paluchy brak.


Konsystencja jest wprost doskonała. Bez wątpienia jest to masło - gęste, zbite i treściwe, ale jednocześnie cudownie wilgotne, mięciutkie i absurdalnie nawilżające. Nakładając produkt na ciało już od pierwszej chwili czuć jego działanie. Początkowo delikatnie otula ciało sprawiając, że wszelkie podrażnienia (np po goleniu) przestają doskwierać. W następnej chwili wchłania się (naprawdę błyskawicznie!) sprawiając, że nasza skóra jest miękka i bardzo delikatna. Trzecią istotną rzeczą jest fakt, że nawilżenie, mimo iż odczuwalne przez kilkanaście kolejnych godzin pozostaje pod naskórkiem - nie ma tutaj mowy o obrzydliwym, tłustym filmie, który najchętniej od razu spłukałoby się wodą.
Zapach jest wprost cudowny, choć bardziej, niż z daktylami kojarzy mi się z waniliowym sernikiem z rodzynkami. Tak, czy siak - pycha! :D
Wydajność przeciętna - trochę nałożyć trzeba, ale ubytek nie jest porażający.


Podsumowując: w kwestii masełek istniały dla mnie zawsze jedynie Bielenda i The Body Shop, ale myślę, że w najbliższych miesiącach Farmona wyprzedzi te dwie firmy. Ich produkty wypróbowałam już prawie wszystkie, zaś Sweet Secret posiada jeszcze wiele kuszących propozycji, po które z pewnością sięgnę.

niedziela, 16 grudnia 2012

Farmona Tutti Frutti mango&brzoskwinia - peeling do ciała




Dziś strasznie poszalałam z napisami. :P W sumie średnio się podobają, ale nie miałam żadnego innego pomysłu na rozwiązanie problemu długiej nazwy. ;)
Dzisiejsza recenzja pisana jest w ramach pachnącej akcji, a jej przedmiotem będzie kosmetyk, który pachnie najpiękniej ze wszystkich, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się wąchać.
Koło maseł z linii Tutti Frutti firmy Farmona przechodziłam już mnóstwo razy, ale zawsze bałam się, że ich zapach będzie przesłodzony i chemiczny i ostatecznie nigdy się nie zdecydowałam. Ten peeling otrzymałam na Spotkaniu Śląskich Bloggerek (może tak powtórkę? :)) i muszę przyznać, że wpadłam po uszy i na pewno zdecyduję się na inne kosmetyki z tej serii. :)
Zacznijmy od składu i opisu producenta:


Produkt zamknięty jest w opakowaniu, które wydaje się ogromne. :) Zawiera 300 ml - nieco więcej, niż standardowe peelingi, ale też sporo mniej, niż ma się wrażenie patrząc na pudełko, dlatego nie dajcie się zwieść w sklepie. :) Opakowanie jest zakręcane, a mimo tego dosyć wygodne. Bez problemu da się je zakręcić nawet mokrymi rękoma. Jedynym problemem jest fakt, iż kosmetyk wyciągamy palcami, które pod prysznicem ciężko utrzymać w stanie suchym, bezpośrednio z pudełka. Wskutek tego zabiegu nieraz zdarzy się, że do środka dostanie się woda, co z pewnością nie wpływa pozytywnie na trwałość produktu. 
Z drugiej strony jego zużycie zajęło mi nadspodziewanie mało czasu, ale o tym za chwilę.


Zapach jest - jak już wspomniałam we wstępie - po prostu obłędny. Zakochałam się w nim i przez pierwsze dwa tygodnie stosowania produktu za każdym razem kiedy wchodziłam do łazienki odkręcałam opakowanie i wąchałam. :) Osobiście zdecydowanie bardziej wyczuwam mango, zaś narzeczony twierdzi, że czuje tylko brzoskwinię. :) Tym niemniej zapach jest piękny - słodki, ale nie mdlący. Szorowanie skóry przy użyciu tego produktu naprawdę poprawia nastrój.
Generalnie mango&brzoskwinia to peeling cukrowy, jednak na poniższym zdjęciu możecie zauważyć pojedyncze drobinki innego koloru. 
Cukier jak to cukier - złuszcza dobrze, ale po dłuższej chwili masowania rozpuszcza się. Z tego powodu doskonale nadaje się do peelingowania delikatniejszych okolic (np biustu, czy dekoltu). Osobiście używałam go do całego ciała i sprawdził się również świetnie, ale do ścierania stóp nadaje się już średnio.
Jak już wspominałam peeling jest średnio wydajny. Kiedy nakładam go na ciało, niezależnie od tego jak małą porcję nabiorę zawsze słychać uderzenia kryształków cukru o dno brodzika. Przyznam szczerze, że uwielbiam ten efekt dźwiękowy, ale nie zmienia to faktu, że duża część kosmetyku marnuje się w sposób bezpowrotny.
Wypeelingowana przy użyciu tego produktu skóra jest gładka, bardzo miękka i doskonale przygotowana na przyjęcie kosmetyków nawilżających. Nie ma tutaj jakichś nadzwyczajnych rezultatów, bo - było nie było - drobinki rozpuszczają się, ale dla takiego lenia jak ja, któremu i tak nie chce się szorować skóry w nieskończoność, efekt jest wystarczający.


Podsumowując: kupiłabym ten peeling ponownie dla samego zapachu nawet gdyby w ogóle nie działał. A ponieważ dodatkowo naprawdę nieźle radzi sobie ze zmiękczaniem i złuszczaniem skóry, zdecydowanie polecam!



sobota, 25 lutego 2012

Original Source: Chocolate&Mint - żel pod prysznic




Dziś kilka słów o kolejnym czekoladowym żelu od Original Source. Będę opisywać kosmetyk o zapachu czekolady i mięty. Zainteresowanych czekoladowymi umilaczami kąpieli zapraszam również tutaj. Możecie tam przeczytać o żelu pachnącym czekoladą i pomarańczami. ;)


W kwestii opakowania (wiem, że się powtarzam, ale wychodzę z założenia, że nie każdy kto trafi na ten post czytuje mojego bloga regularnie): uwielbiam je. Jest proste, wykonane z plastiku na tyle miękkiego, by nie sprawiać problemów z jego wyciskaniem, lecz dostatecznie solidnego, by nie rozlecieć się po pierwszym (a nawet dziesiątym) upadku. ;) Oprócz tego proste etykiety w zgranych kolorach i zero zbędnych dodatków. To one przykuły mój wzrok, kiedy sięgnęłam po żele OS po raz pierwszy. ;)


Konsystencja nieco różni się od żelu Czekolada i Pomarańcza. Po wyciśnięciu również jest nieco "galaretkowata", zachowuje kształt, który uzyskała przez wyciskanie, a po chwili rozpływa się na ręce stając się dosyć lejąca, o wiele rzadsza niż jej poprzedniczka. Trochę nawet spływa z dłoni, trzeba więc uważać, by kosmetyk trafił na nasze ciało, a nie na podłogę.
Produkt pieni się trochę bardziej niż opisywany ostatnio Chocolate&Orange, ale i tak dosyć delikatnie. Nie jest to jednak cecha, która by mi przeszkadzała.
Zapach? Jak zwykle - cudo! Najbardziej kojarzy mi się z miętowymi czekoladkami After Eight, które zawsze szczerze uwielbiałam. Między innymi dlatego tak bardzo lubię ten żel. ;)
Produkt dobrze myje ciało, nie wysusza, ani nie napina skóry. Po jego użyciu skóra jest miękka, odświeżona i zrelaksowana. Wymaga oczywiście dalszego nawilżenia, ale - jak już wiele razy wspominałam - wychodzę z założenia, że żel pod prysznic nie musi działać nawilżająco. ;)


Podsumowując: na temat mojego uwielbienia do żeli Original Source napisałam już tyle, że dziś wyrażę je tylko jednym słowem: polecam!


Żel oraz inne kosmetyki OS możecie wygrać w konkursie, który organizuję wraz z firmą Original Source. Wszelkie informacje - tutaj.


poniedziałek, 20 lutego 2012

Original Source: Chocolate&Orange - żel pod prysznic



Dziś opowiem Wam o najnowszym "wynalazku" od Original Source. Jest nim żel pod prysznic o kuszącym zapachu czekolady i pomarańczy. Kosmetyk pachnie tak smakowicie, zanim otrzymałam go do testów, kupiłam go sama. Zapach naprawdę mnie oczarował. 


Produkt zamknięty jest w butelce charakterystycznej dla Original Source. W zasadzie od tych butelek zaczęła się moja przygoda z tymi kosmetykami. Byliśmy kiedyś w Rossmanie i narzeczony zwrócił uwagę na półkę pełną żeli w fantazyjnych kolorach i superprostych butelkach. Przyjrzeliśmy się im z bliska i przepadliśmy. ;) Kompozycje zapachowe na tyle przypadły nam do gustu, że - poza żelami The Body Shop - od tamtego czasu nie kupowaliśmy produktów innych firm.
Butelka jest miękka, ale bardzo trwała (każda, którą posiadam, spadła mi co najmniej 10 razy i wyszła z tego bez szwanku ;)). Zamknięcie nie przysparza problemów w kwestii otwierania, nadmiar żelu nie wylewa się.


Konsystencja produktu jest nieco inna niż kosmetyków, których używałam do tej pory. Jest ona o wiele gęstsza tak, że w pierwszej chwili po wyciśnięciu na dłoń nie rozlewa się, ale pozostaje chwilę w kształcie, jaki produkt uzyskał w wyniku wyciśnięcia z butelki. Konsystencja przypomina mi galaretkę. 
Mimo że niespecjalnie lubię połączenie pomarańczy z czekoladą, zapach tego żelu uwielbiam. Kąpiel przy jego użyciu to przyjemność. Pozwala skutecznie zrelaksować się po ciężkim dniu. ;)
Produkt doskonale myje skórę. Do tego pomaga ją odprężyć (na pewno częściowo jest to także zasługa zapachu ;)). Po jego użyciu jest miękka i delikatna. Kosmetyk pieni się średnio, ale nie jest to - w mojej opinii - wada. Kosmetyk nie wysusza skóry, ale również niespecjalnie ją nawilża. Nie przeszkadza mi to, ponieważ do tego celu używam maseł i balsamów.


Posumowując: żel pod prysznic Czekolada i pomarańcza to kolejny dobry produkt od Original Source. Na pewno długo pozostanę wierna ich kosmetykom. Polecam!

Opisywany dziś żel możecie wygrać w konkursie organizowanym przeze mnie, dzięki uprzejmości Original Source. Wszystkie szczegóły - tutaj.


Bardzo dziękuję firmie Original Source za wysłanie mi produktów do recenzji. Fakt ten nie wpływa w żaden sposób na moją opinię.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Dove Original - antyperspirant


Opisałam na tym blogu już całe mnóstwo produktów, a jeszcze nigdy nie wspomniałam o czymś, co jest w zasadzie podstawą mojego dbania o higienę. Mowa oczywiście o antyperspirancie:


Moja skóra jest bardzo wrażliwa, więc bardzo długo szukałam kosmetyku, który by jej nie podrażniał. Przekopałam się przez całe tony antyperspirantów bezalkoholowych, które miały być łagodne i nie podrażniać skóry pod pachami. Skutek ich używania był bardzo różny (z reguły od bardzo średniego do kiepskiego), jednakże w końcu trafiłam na prezentowany dzisiaj Dove. Jak trafiłam, tak przy nim zostałam i ani myślę go zmieniać. Używam go już na pewno co najmniej 3 lata i (jak na razie) obyło się bez niespodzianek.


Wybaczcie słabą jakość powyższego zdjęcia. Jakoś wydawało mi się, że złapałam odpowiednią ostrość, jednak po zgraniu zdjęć, okazało się, że nie. Warunków pogodowych do poprawek już nie było, a że da się odczytać, stwierdziłam, że nie zaszkodzi jak wrzucę. ;)
Dezodorant zamknięty jest w typowym opakowaniu z typowym rozpylaczem. Opakowanie mieści 150 ml (również typowo ;)), a jego cena to ok. 10 zł. Mój nosi nazwę "Original" i jest utrzymany w białej tonacji z granatową zatyczką.


Miałam kilka wersji zapachowych tego kosmetyku i muszę przyznać, że Original lubię najbardziej. Jego zapach jest delikatny, bardzo łagodny i nieagresywny. Jest klasyczny - przypomina dobre, pięknie pachnące mydło. Trudno jest mi go do czegokolwiek przyrównać, ponieważ jest tak dyskretny, że nie nasuwa oczywistego skojarzenia z niczym konkretnym.
Jak działa? Na pewno zadania antyperspirantu spełnia w 100%. Absolutnie nie podrażnia skóry, jest bardzo delikatny, a skóra po jego użyciu - gładka. Chcę tu zaznaczyć, że nigdy nie używam go po goleniu! Nie wiem zatem, czy koiłby podrażnioną skórę, czy zaognił jej stan. Osobiście raczej tego nie sprawdzę, ponieważ - najzwyczajniej w świecie - wolę nie ryzykować. ;)


Podsumowując: prezentowany dziś antyperspirant Dove to mój ulubiony dezodorant i polecam go każdemu. Na wzmiankę zasługuje fakt, że kosmetyk zawiera 1/4 kremu nawilżającego Dove, który na pewno ma dobry wpływ na naszą skórę.

sobota, 14 stycznia 2012

BeBeauty: peeling do ciała Mango



Dziś pora na kolejny (i już ostatni) peeling z Biedronkowej gazetki "Tajemnice urody". Pozostałe recenzowałam tutaj: winogrono i borówka. Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, informacja: jestem ogromną fanką kosmetyków z Biedronki. Opinia ta nie wzięła się znikąd - wszystkie kosmetyki tej firmy, jakich kiedykolwiek próbowałam są po prostu wspaniałe. Jeżeli nawet nie każdy z nich jest wybitny, to są przynajmniej poprawne, a ich cena - w stosunku do jakości - jest nieporównywalnie niska.


Lubie tę linię za piękne, kolorowe, soczyste opakowania. Mango również wpasowuje się w ten trend - opakowanie jest proste, solidne (spadło mi z wysokości około 120 cm już niezliczoną ilość razy i nadal nic mu nie jest), na wierzchu znajduje się bardzo smakowite zdjęcie, zaś z tyłu - etykieta w kolorze kosmetyku.
Na powyższym zdjęciu możecie przeczytać, co producent pisze o produkcie i jego składnikach. Uważam ten opis za przydatny - mamy wypisane ingrediencje, wraz ze wskazaniem, jakim działaniem się charakteryzują. Myślę, że nawet osoba, która po raz pierwszy ma do czynienia z peelingami nie będzie miała problemów z wyborem.


Peeling ma - jak obydwa pozostałe - konsystencję nie do końca skrzepniętego kisielu. Nie jest zbyt gęsty, jednak w pewnej mierze zagęszczają go zawarte w nim drobinki. Co lubię w tych peelingach, to fakt, że drobinki ścierające są pochodzenia naturalnego - są to łupinki orzechów oraz pestki z czarnej porzeczki. Ponieważ łupinki nie są chemiczne, nie znikają w trakcie kąpieli. Jest ich dosyć sporo i dobrze się nimi ściera - uważam, że należycie spełniają swoje zadanie. 
Działanie na skórę? Już w recenzji peelingu winogronowego napisałam, że jest niesamowite. ;) Doświadczyłam tzw. "efektu WOW". Teraz miękkość i gładkość odczuwam słabiej, ale to wyłącznie dlatego, że ostatnio peelingi stosuję regularnie. ;)
Jedyne co jest dla mnie drobny mankamentem to zapach. Jednak jest to sprawa indywidualna. Zapach nie jest brzydki (a wręcz przeciwnie), po prostu niespecjalnie mi podchodzi. Jest jakiś taki zbyt mdły.


Podsumowując: polecam! Wiele więcej tu nie napiszę, ponieważ nudzi mnie już wyśpiewywanie peanów na cześć kosmetyków Biedronki. A wszystkie są super i na tej pozytywnej recenzji się nie skończy.

środa, 7 grudnia 2011

Lirene: body anticellulite program - balsam antycellulitowy

Dziś napiszę Wam kilka słów o antycelulitisowym balsamie Lirene.


Kosmetyk ten mam już od dawna. Szczerze powiedziawszy nawet zapomniałam, że go posiadam. Odnalazł się przy okazji niedawnego sprzątania łazienki. Dlaczego został zarzucony? Ponieważ kiedy używałam go około półtorej roku temu, uczulił mnie. Najpierw dlatego, że z braku innego nawilżacza, nałożyłam go na świeżo ogolone nogi. Później, kiedy sprawdzałam czy nie jest to jednorazowa wpadka, uczulił nawet normalną, niepodrażnioną goleniem skórę. Teraz zdecydowałam się przetestować go ponownie. 
Najpierw zerknijcie, co o balsamie pisze producent:


Produkt jest zamknięty w wygodnej, podłużnej butelce z charakterystycznym dla kosmetyków Lirene "mechanizmem otwierania". ;) Chodzi o to, że owalna butelka jest w jednym miejscu wcięta, dzięki czemu nigdy nie ma problemu z otwarciem jej. Jest to duże ułatwienie, zwłaszcza kiedy mamy tłuste dłonie.
Zapach jest prześliczny. Słodki, lekko pomarańczowy, ale bardzo delikatny, nie drażni zmysłów. ;) Dzięki zapachowi używanie produktu to prawdziwa przyjemność.


Konsystencja jest bardzo lekka, przyjemna, kosmetyk rewelacyjnie się rozprowadza. Na skórze nie zostawia żadnego uczucia lepkości, czy nieprzyjemnego, tłustego filmu. Jest to produkt zdecydowanie nawilżający - doskonałą pielęgnację skóry czuć już od pierwszego zetknięcia z produktem.
A teraz najistotniejsze: działanie antycellulitisowe. Muszę przyznać szczerze, że takowego u siebie nie zauważyłam. Jednakże, aby zauważyć poprawę używając produktów tego typu, najistotniejsze jest ich regularne stosowanie, czego ja nie robiłam. ;) 
Tym niemniej muszę stwierdzić, że skóra jest przyjemnie nawilżona, bardzo miękka i elastyczna. Jako balsam nawilżający, kosmetyk sprawdzi się świetnie.


Posumowując: balsam Lirene okazał się być całkiem niezłym kosmetykiem nawilżającym. Osobiście nie udało mi się zbadać jego właściwości antycellulitisowych, ale uważam, że kosmetyk może je posiadać - już po jednorazowym użyciu skóra jest elastyczna i doskonale odżywiona. Mimo wszystko, ja nie zaufam mu nigdy w pełni i na świeżo ogolone nogi nie będę go stosować. ;)

czwartek, 1 grudnia 2011

BeBeauty: peeling do ciała Borówka


Dziś napiszę o peelingu, który znajdował się w gazetce "Sekrety Urody" z Biedronki. Podczas poprzedniej promocji kupiłam jeden (winogronowy - notka tutaj). Bardzo go polubiłam i bardzo żałowałam, że nie udało mi się "dorwać" pozostałych dwóch. Koło miesiąca temu promocja ta znów się pojawiła. Nie myśląc wiele kupiłam brakujące wersję: borówkę i mango.


Powyżej możecie przeczytać co producent pisze na temat kosmetyku. 
Peeling jest zamknięty w wygodnym, odkręcanym opakowaniu. Jest ono plastikowe i bardzo trwałe (nie dałabym rady policzyć ile razy mi spadło i dalej nic mu nie jest). Bardzo lubię te opakowania - są proste i ładnie wyglądają w łazience (kiedy ułoży się je w kolejności: winogrono, mango, borówka wyjdą nam peelingi reggae - przy okazji recenzowania mango pokażę wam jak uroczo wygląda to pod prysznicem ;)). Szata graficzna jest sensowna, stonowana i dobrze ułożona.


Konsystencja jest bardzo fajna. Jest to coś w rodzaju lekko ściętej galaretki - jest dosyć luźna, ale zawiera mnóstwo drobinek ścierających, które zagęszczają konsystencję. Dobrze rozprowadza się po ciele, a masaż z jego użyciem jest naprawdę przyjemny i skuteczny.
Po użyciu skóra jest bardzo miękka i gładka. Znika spora część zrogowaceń, małych krostek, czy - po prostu - nierówności. Ciało jest przyjemnie oczyszczone, odświeżone i rewelacyjnie przygotowane na chłonięcie produktów nawilżających. :)


Podsumowując: Borówka jest kolejnym udanym produktem Biedronki. Uważam, że żaden z recenzowanych tu kosmetyków tej firmy nie ustępuje produktom z dużo wyższych półek cenowych. 

poniedziałek, 28 listopada 2011

Bielenda: Czarna Oliwka - masło do skóry suchej i bardzo suchej



O tym, że uwielbiam masła chyba już wiecie. Prawdopodobnie zauważyłyście także, że uwielbiam produkty Bielendy. ;) Czego raczej nie wiecie, to fakt, że uwielbiam również oliwki. Kiedy, więc zobaczyłam to masło, w mojej głowie zapaliło się około miliona lampek. Jednakże "chodziłam" koło niego przez kilka miesięcy, nie mogąc się zdecydować. Dlaczego? Obawiałam się o zapach - nie potrafiłam sobie wyobrazić zapachu oliwek w kosmetycznym pudełku.


Masło jest zamknięte w takim opakowaniu jak wszystkie produkty Bielendy tego typu. Jest to nowa linia - są one okrągłe, dosyć wysokie i bardzo solidne. Kiedyś były niższe i zaokrąglone na końcach, teraz wyglądają jak duży, ciężki walec. ;) Charakterystyczny dla opakowań tej firmy jest fakt, że w zewnętrznym, olbrzymim pudełku, znajduje się drugie, mniejsze. Plusem tego rozwiązania jest to, że jest ono praktycznie niezniszczalne. Minus - nigdy do końca nie wiadomo ile kosmetyku nam zostało. Objętość: 200 ml, cena: 16-20 zł (w zależności od sklepu).


Zapach w niczym nie przypomina mi oliwek. ;) Przez pierwsze trzy dni posiadania tego masła staraliśmy się z lubym rozgryźć jaką woń wyczuwamy wąchając kosmetyk. I nagle, pewnego wieczoru, wmasowując sobie produkt w łydkę zrozumiałam! ;) To gruszka! A konkretnie gruszka z kompotu. :) I przyznam szczerze, że mimo iż naprawdę nie lubię gruszek (a zwłaszcza w kompocie!) to ten zapach bardzo mi się podoba. Niemniej jednak jest na tyle charakterystyczny, że radzę powąchać przed zakupem.
Masełko jest fantastyczne. Jego konsystencja jest gęsta, zbita, mimo to jest miękkie i miłe w dotyku. Rewelacyjnie rozprowadza się je na skórze i - choć moja nie jest sucha, ani bardzo sucha - naprawdę szybko wnika w skórę. Pozostawia uczucie przyjemnego komfortu, wyraźną warstwę ochronną, która osłania nasze ciało przed przeciwnościami losu. ;) Nie ma to jednak nic wspólnego z nieprzyjemnym, tłustym filmem, jaki pozostawiają na skórze niektóre kosmetyki.
Nawilżenie jest intensywne i "wystarczy" na długo - w zasadzie za każdym razem znikało dopiero po kąpieli.


Podsumowując: polecam zarówno to masło, jak i wszystkie inne tej firmy. Są świetne, bardzo je lubię i nie spocznę dopóki nie wypróbuję wszystkich. :)

środa, 12 października 2011

The Body Shop - Moringa Shower Gel


Przez prawie 3 lata żyłam w błogiej niewiedzy, że w jednym z centrów handlowych w moim mieście znajduje się The Body Shop. Kiedy tylko przestąpiłam jego próg - przepadłam. :) Na szczęście trafiłam na kilka promocji, m.in. właśnie żeli pod prysznic. Pierwszy kosztował 19 zł, drugi 29 zł, trzeci 39 zł itd. Wzięłam więc dwa. 


Buteleczki, w których zamknięte są żele są, w mojej opinii, bardzo estetyczne i wygodne. Są pękate i zamykane na zatrzask (swoją drogą bardzo mocny). Zawierają 250 ml kosmetyku.
Co o produkcie pisze producent?
Kochamy pracować z tym, co daje nam natura - to dlatego uwielbiamy moringę. Nie tylko kwiaty mające niebiański zapach, ale każdą część tego "cudownego drzewa", posiadającą korzystne właściwości. My używamy nawilżającego ekstraktu z jadalnych liści w tym żelu pod prysznic. 


Kosmetyk ma piękny zapach. Jest kwiatowy, ale nie jest to zapach samego pąka, lecz również liści i ziemi pod nim. Myślę, że rozumiecie o co mi chodzi - w ten sposób pachną konwalie w ogródku. Nuta zapachowa jest oczywiście inna, ale przywodzi na myśl podobną świeżość, tak że czuję się jakbym wąchała krzew w środku lata.


Konsystencja jest bardzo gęsta, mocno przylega do skóry. Nie jest to jeden z tych żeli, których połowa zleci nam z mokrej ręki zanim chociażby zdążymy go zbliżyć do ciała. Rewelacyjnie się rozprowadza otulając skórę jak delikatny kawałek płótna. Bardzo dobrze zmywa wszelkie zanieczyszczenia i dosyć dobrze (jak na żel pod prysznic) nawilża. Po jego użyciu skóra jest miękka i gładka - gotowa przyjąć kolejną porcję nawilżenia w postaci balsamu, masła, czy mleczka.

Podsumowując: zdecydowanie polecam ten kosmetyk. Podczas gdy jego zapach będzie pielęgnował nasze zmysły, sama formuła zajmie się naszym ciałem. Uwielbiam kąpiele z tym żelem. :)

poniedziałek, 3 października 2011

The Body Shop - Wild Cherry Pure Body Lotion



Co prawda najbardziej znanymi kosmetykami The Body Shop są ich masełka, ale będąc ostatnio w ich sklepie zdecydowałam się na balsam. Znajdował się on w kategorii "hity sprzedaży", postanowiłam sprawdzić dlaczego.


Kochamy składniki z niespodziewanych źródeł. Jak nasz przyciągający olej z dzikiej wiśni, wyciśnięty z wiśni porastających wzgórza otaczające historyczną Weronę we Włoszech. Dodaliśmy nawilżający olej z pozostałości produkcji dżemu. Więc możemy nazwać to historią ze szczęśliwym zakończeniem.

Opis producenta jest bardzo "poetycki". ;)


Kosmetyk zamknięty jest w butelce mieszczącej 250 ml. Z butelki wydobywamy go przy użyciu wygodnej pompki. Nie wiem, czy dobrze sprawdzi się przy końcówce produktu - jak dojdę do tego momentu - napiszę. Jego cena to 35 zł.
Kosmetyk pachnie... przepięknie! Zero chemii, nawet tej delikatnej, kosmetycznej, jak to nazywam. Ładny, słodki, delikatny zapach owoców. Trochę kojarzy mi się z wiśniowym jogurtem, ale chyba jeszcze bardziej z konfiturą z wiśni. :) Jest na prawdę urzekający, dosłownie uzależnia. Uwielbiam go i jest to chyba najpiękniejszy zapach kosmetyku, jaki kiedykolwiek wąchałam.
Balsam bardzo dobrze się rozprowadza. Jest dosyć wodnisty, dzięki czemu już mała jego ilość wystarcza na posmarowanie dużych obszarów ciała - na pewno będzie bardzo wydajny.
Produkt szybko wchłania się w skórę. Wystarczy kilka chwil i już nie ma po nim śladu. Nie trzeba trzeć go nie wiadomo jak długo. Jest to duża zaleta, zwłaszcza, gdy kąpiemy się przed wyjściem i zależy nam na czasie.
Przez chwilę po zaaplikowaniu, zanim do końca się wchłonie, miejsce posmarowane balsamem nieco się klei. Uczucie to przechodzi jednak bardzo szybko - na skórze nie zostaje tłusty film.
Sama skóra staje się bardzo miękka i delikatna, przyjemna w dotyku. Choć obecnie nie jest tak wysuszona jak w lecie, nawilżenie i tak jest odczuwalne. Dobrze działa na tzw wymagające obszary, tzn kolana i łokcie. Po jego użyciu są bardzo miękkie, a skóra - podobnie jak wszędzie - jest bardzo gładka. Działania na pięty nie próbowałam, bo jeszcze bym się zraziła, a przecież do stóp należy używać innych kosmetyków. ;)
Ponieważ kosmetyk ma o wiele lżejszą formułę niż wszelkiego rodzaju masła, nie jest, aż tak nawilżający jak one. Ale i tak jest dobrze. 


Podsumowując: świetny balsam, piękny zapach i dobre działanie. Czego chcieć więcej? :) Polecam!
I pozdrawiam. ;)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...