Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podkład. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podkład. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lipca 2013

Wizyta w amerykańskim Macu i recenzja podkładu do twarzy i ciała


Będąc w Nowym Jorku nie planowałam wchodzić do Maca. Nie dlatego, żeby nic mnie nie ciekawiło, ale dlatego, że widziałam, iż wizyta niechybnie skończy się zakupami, a tego baardzo chciałam uniknąć. Pech (albo podświadomość ;)) chciał, że pakując się na podróż swojego życia zapomniałam eyelinera, który jest częścią mojego codziennego makijażu, zwłaszcza wówczas, gdy zależy mi żeby szybko się zebrać. W takiej sytuacji jakiś eyeliner kupić oczywiście musiałam, bo przecież świat by się zawalił, a skoro jakiś - to czemu nie Maca? :) Mąż znalazł salon całkiem niedaleko nas i poszliśmy. I znów pech: kiedy weszliśmy do sklepu potwornie się rozpadało. Z tego powodu wizyta nie mogła się ograniczyć jedynie do wejścia, wybrania eyelinera i wyjścia, bo przecież zmoklibyśmy potwornie, a - jak wiadomo - jesteśmy z cukru. Chociaż uwzględniając sposób bycia pani, która nas obsługiwała, nawet słoneczna pogoda nie byłaby w stanie wyciągnąć nas ze sklepu bez większych zakupów.
Pani przywitała nas od wejścia miłym uśmiechem i energicznym "Hi guys, how are you" (z resztą te słowa mogłyby posłużyć do opisania wszystkich ekspedientów i kelnerów). Kiedy poprosiłam o eyeliner pokazała mi kilka i na chwilę zniknęła. Kiedy podjęłam decyzję, pani już była przy mnie i poprowadziła mnie do nowości. Opowiadała o nich tak zajmująco, że miałam ochotę wziąć wszystko, co mi proponowała. Nie było jednak presji i wystarczyła szybka informacja, że dany produkt mnie nie interesuje, by pani zarzuciła temat. Uznałam, że skoro już jestem to wezmę też podkład. Nasza sympatyczna ekspedientka wypytała mnie o wszystko i zaproponowała kosmetyk, który dzisiaj prezentuję. 


Na wstępie należy zaznaczyć, że jest to kosmetyk, który posiada średni poziom krycia i - w mojej opinii - niespecjalnie nadaje się do tłustej cery. Już na mojej - mieszanej - czasem trudno go okiełznać.  Jeżeli borykacie się z dużą ilością problemów skórnych - nie jest to produkt dla Was. Kiedy przyjechałam do domu po dwóch tygodniach jedzenia hamburgerów i picia piwa, moja skóra była w średnim stanie. Wtedy trochę pożałowałam zakupu - zwłaszcza, że wzięłam tak ogromną butelkę. Kiedy jednak uporałam się z tymi problemami, uznałam, że jest to idealny kosmetyk na lato. Podkład posiada bardzo płynną konsystencję, jakiej nie spotkałam w żadnym innym tego typu kosmetyku. Formuła jest bardzo lejąca (dlatego nie nada się do tłustej cery - kiedy moja strefa T ma gorszy dzień zdarza się, że muszę poczekać aż trochę się wchłonie, nim przejdę do dalszego makijażowania się ;)), a dzięki temu - bardzo lekka. Porządnie wklepany podkład wytrzyma upał i nie spłynie, a cera będzie wyglądać ładnie przez cały dzień.


Jeżeli chodzi o krycie to - jak już wspomniałam - jest średnie, a nawet słabe. Produkt nadaje się przede wszystkim do ujednolicenia kolorytu cery, ewentualnie zakrycia drobnych przebarwień, oraz wyrównania i wygładzenia jej. Wydaje mi się ponadto, że pory są pod nim mniej widoczne. Jeżeli chodzi o pryszcze i inne "buły", które pojawiają się na twarzy, to z nimi kosmetyk niestety sobie nie poradzi. Jeżeli macie jednego pryszcza to spokojnie można go przymaskować korektorem, ale jeżeli nieprzyjaciół jest więcej, to osobiście wolę sięgnąć po inny, bardziej kryjący podkład, bo paćkanie całej twarzy korektorem pozbawia makijaż głównej zalety, którą zapewnia kosmetyk - wyjątkowej lekkości.


Zapach jeśli w ogóle jest, to tak delikatny, że w ogóle go nie wyczułam. Nie zapycha, nie uczula (przynajmniej mnie ;)), nie warzy się, nie ściera, na twarzy wytrzymuje cały dzień. Gama kolorów jest bardzo duża - jak we wszystkich podkładach Maca, również tu do wyboru było co najmniej 12 kolorów. Ceny podać niestety nie mogę, bo na Polskiej stronie nie umiem jej znaleźć, a amerykańskiej - nie pamiętam. Wiem tylko, że nie wychodził jakoś koszmarnie drogo w przeciwieństwie do wersji zawierającej 50 ml.


Podsumowując: świetny, niesamowicie lekki podkład, idealny na lato. Nie nada się jednak dla każdego - w mojej opinii - nie sprawdzi się u osób z cerą tłustą, oraz dużą ilością niedoskonałości skórnych (zwłaszcza pryszczy). Doskonale ujednolica koloryt cery, jest bardzo trwały i wydajny. 


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Nowy BB podkład Catrice, czyli o bubelku słów kilka




Dzisiejszy wpis należałoby określić raczej jako "pierwsze wrażenie", niż recenzje. Wiem jednakże, że do tego produktu kolejnego podejścia już nie będzie. Stosowałam go przez cztery dni i ani razu nie udało mi się go oswoić, chociaż w małym stopniu. Dlatego ja dziękuję. Pamiętajcie, że fakt, że produkt nie przypadł do gustu mnie, wcale nie znaczy, że Wasze odczucia będą takie same. 


Produkt Catrice nie jest jednoznacznie przedstawiony jako BB Cream, jednakże spore literki BB, oraz analiza działania, sprawiają, że kupując produkt mamy wrażenie, że to właśnie taki typ kosmetyku. Według producenta, specyfik ma bardzo szerokie spektrum działania: pomaga radzić sobie z nadmiarem sebum, ujednolica koloryt cery, chroni przed promieniami UV, wygładza, maskuje niedoskonałości i nawilża. Brzmi nieźle? Może i tak, szkoda, że nie działa. :)


Do stosowania "BB Creamu" przystąpiłam niezwłocznie po jego zakupie. Nałożyłam go na oczyszczoną micelem twarz, licząc na obiecywane działanie nawilżające. Przeliczyłam się. Skóra była naciągnięta i szorstka, do tego stopnia, że musiałam zmyć kosmetyk.
Spróbowałam ponownie. Tym razem nałożyłam na twarz cieniutką warstewkę lekkiego kremu, a na wierzch nasz niesamowity produkt. Buzia świeciła się tak mocno, że zużyłam co najmniej dwukrotnie więcej pudru, niż zwykle, żeby nieco ją zmatowić (a musicie wiedzieć, że ostatnio jest w bardzo dobrym stanie - nie świeci się, a i nieprzyjaciół brak). Krycie jest średnie, na moich cieniach pod oczami i na skrzydełkach nosa prawie niewidoczne. Dobrze poradził sobie z zamaskowaniem przebarwień. Skóra może była nieco gładsza, ale z porami nie stało się zupełnie nic.


Ponieważ nigdy nie skreślam kosmetyku po pierwszym niepowodzeniu, stosowałam ten fantastyczny specyfik przez cztery kolejne dni (do dziś). Po przyjściu z zajęć zauważyłam wysyp drobnych krostek. Ponieważ ten krem to jedyne co ostatnio zmieniło się w mojej codziennej rutynie, podejrzewam, że to właśnie on spowodował ich wysyp. Dlatego ja się już z nim żegnam. Wiele jestem w stanie znieść, ale na powrót problemów z cerą się nie godzę i kropka!


Podsumowując: według producenta, kosmetyk ma spełniać sześć funkcji. U mnie spełnia zaledwie trzy. To niezbyt dobry podkład, który z BB Creamem nie ma nic wspólnego. Aż nie chce się wierzyć, że ta sama firma mogła wypuścić fantastyczny Infinite Matt. Ja zostanę właśnie przy nim, a temu kosmetykowi już podziękuję.




A zdjęcia słoneczne i żółte, bo ładne słońce jest i się cieszę. :)

środa, 20 marca 2013

Hean Studio Lift - podkład z kwasem hialuronowym



Nawiązałam ostatnio współpracę z firmą Hean. Do przetestowania otrzymałam m.in. podkład, o którym chciałam Wam dziś opowiedzieć. Jest dedykowany kobietom po trzydziestce. Według opisu zawiera kwas hialuronowy, który używany jest do wypełniania zmarszczek, można zatem podejrzewać, że i fluid będzie działał w ten sposób (sugeruje to również nazwa ;)). Podkład dostępny jest w pięciu kolorach. To miła odmiana po minerałach, które są dostępne w milionie odcieni, myślę jednak, że przydałby się jeszcze co najmniej jeden jasny i jeden ciemny.


W kwestii obiecanego kwasu hialuronowego: rzeczywiście występuje on w składzie, ale wymieniony został prawie na sam koniec, więc jego ilość jest prawdopodobnie śladowa.
Podkład zamknięty jest w typowej tubce mieszczącej 30 ml. Sugerowaną ceną za taką ilość podkładu jest 15,99 zł. Podkład jest niedrogi i w mojej opinii zdecydowanie wart zainteresowania.


Nie ma w nim w zasadzie nic szczególnego, jest po prostu przyjemny. Jego konsystencja nie jest ani gęsta, ani lejąca - plasuje się idealnie pośrodku drogeryjnych podkładów. Nakładam go - jak każdy inny podkład - przy użyciu pędzla flat top. 
Jego aplikacja jest bardzo prosta. Produkt ładnie zlewa się ze skórą, nie robi plam ani smug, nie zasycha w ekspresowym tempie, więc spokojnie zdążymy go rozetrzeć. Kosmetyk nie zapycha porów, nie uczula mnie, ani nie powoduje żadnych innych skutków ubocznych (przynajmniej na mojej skórze). Podkład nie robi nic z porami - nie podkreśla ich, ani nie maskuje.


Poniżej możecie zobaczyć moją twarz przed i po użyciu podkładu. Nie sugerujcie się, że na zdjęciu "po" moja twarz jest taka jasna - po prostu zrobiłam je w nieco innym świetle. Podkład nie jest w żadnym wypadku zbyt jasny. Jak widzicie, poziom krycia jest średni - podkład nieźle poradził sobie z drobnymi przebarwieniami, z zaczerwionymi płatkami nosa i z nieprzyjaciółmi, poza tym ładnie ujednolicił cerę. Moich worków pod oczami nie ukrył, ale to dlatego, że są olbrzymie. ;) Czy zmienił coś w kwestii zmarszczek? Na zdjęciu wydaje się, że tak, ale - jak widzicie - fotka po lewej stronie ukazuje moją twarz z dalsza i to głównie dlatego zmarszczki są mniej widoczne. Na żywo poprawa była minimalna, ale i tak należy to uznać za plus - przecież zdarza się i to wcale nie rzadko, że podkłady podkreślają zmarszczki.


Podsumowując: ja jestem na tak. To przyjemny podkład w dobrej cenie. Jeżeli jednak szukacie czegoś, co pomogłoby Wam ukryć oznaki starzenia się skóry, to ten kosmetyk zadziała jedynie u tych z Was, których zmarszczki są płytkie. Ale zasadniczo - polecam. :)



poniedziałek, 7 stycznia 2013

Phito Studios Make up - fluid matujący





Podkład Phito Studios Make Up otrzymałam po raz pierwszy w prezencie już około pół roku temu. Zużyłam go wtedy w takim tempie, że nie zdążyłam nawet zrobić zdjęć. :) Szczęśliwie na święta wręczono mi go ponownie, dzięki czemu mogę Wam zaprezentować mój - z pewnością - ulubiony fluid. 
Ponieważ jest to prezent nie jestem w stanie powiedzieć zbyt dużo na temat samej firmy. Znalazłam jednakże mój podkład na jednej ze stron internetowych, która - z tego co zrozumiałam - zajmuje się dystrybucją kosmetyków we Włoszech. Z tejże witryny wynika, że kosztuje on 16 euro, a więc cena nie jest wysoka. Na stronie polskiego dystrybutora znajduje się jedynie odesłanie na tamtą, więc informacji o cenie w złotówkach niestety brak.
Poniżej możecie przeczytać skład.



Podkład zamknięty jest w szklanym opakowaniu mieszczącym 30 ml. Do opakowania dołączona jest pompka z plastikowym dzióbkiem. Działa to wszystko jak należy, nie zapycha się, nie pluje kosmetykiem. Problem pojawia się dopiero pod koniec opakowania, kiedy to pompka już nie domaga, a apetyczne fale podkładu nadal są widoczne w jego wnętrzu. Jedyne co nam wówczas pozostaje to macanie pompką po dnie opakowania, co efekt daje średni, bo macamy niestety na ślepo.
Tak, czy inaczej jest to już chyba najlepsza opcja, pomijając może te pompki, w których po przyciśnięciu podnosi się denko.


Konsystencja jest fantastyczna - lekka, a jednocześnie wyraźnie treściwa. Wiem, że brzmi to jak oksymoron, ale chodzi mi o to, że nałożywszy kosmetyk na twarz nie czujemy się jak zaszpachlowane, a jednocześnie podkład rozprowadza się łatwo i równomiernie. Pigmentacja również pasuje mi idealnie - podkład kryje mocno, jednocześnie nie robiąc z twarzy maski (co rozumiem w sposób dwojaki: z jednej strony nie spłaszcza jej na talerzyk, a z drugiej nie pozostawia uczucia, że buzia stężała w pozycji, w której ją zamalowałam, jak zdarzało mi się w przypadku Revlon Colorstay). 
Produkt zakrywa większość nieprzyjaciół i zaczerwienień, radzi sobie także z rozszerzonymi porami.
Kosmetyk ma niestety również kilka wad. Najważniejszą jest oczywiście kiepska dostępność (a w zasadzie zupełna niedostępność) w sklepach. Kolejnym minusem jest słaba wydajność. Poprzednim razem nawet nie zauważyłam, że tak szybko schodzi, dopóki pewnego dnia nie spojrzałam na buteleczkę pod światło, a ta okazała się praktycznie pusta. 
Ostatnim minusem (który mi osobiście nie przeszkadza) jest mała ilość jasnych kolorów. Tutaj, prawie na samym dole, możecie zobaczyć wszystkie odcienie. Ja posiadam najjaśniejszy, a nie posiadam cery śnieżki (w Revlonie CS używałam bodajże odcienia nr 180).
Kosmetyk nie zapycha mnie, nie uczula, nie powoduje żadnych innych negatywnych skutków.



Podsumowując: dla mnie to podkład na szóstkę z plusem. Lubię go zarówno na codzień, jak i na wieczór. Zadowala mnie jego konsystencja i poziom krycia, a jedyne co mnie w nim poważnie denerwuje to fakt, że jest bardzo słabo dostępny.

czwartek, 20 września 2012

Podkład Diadem Long Wearing Foundation - recenzja gościnna





Kiedy otrzymałam ten podkład na Spotkaniu Blogerek myślałam, że będę mogła używać go na sobie. Później okazało się, że jest dla mnie zbyt ciemny, a na skórze dodatkowo ciemnieje. Z tego powodu szczęśliwą posiadaczką kosmetyku stała się moja mama. Zapraszam na gościnną recenzję w jej wykonaniu. 


Najpierw informacje, które znalazłam na stronie producenta:
Jedwabisty podkład łatwo przylega do skóry i perfekcyjnie cieniuje. Doskonale rozprowadza się na twarzy nie dając efektu maski i nie pozostawiając smug. Idealnie się wchłania a zarazem świetnie kryje wszelkie niedoskonałości skóry. Częściowo nawilża skórę, dzięki czemu naturalnie wygląda na twarzy. Szczególną zaletą jest fakt, iż nie brudzi ubrań. Jego specjalna formuła zapewnia długotrwały efekt gładkiej cery przez wiele godzin. Zawiera witaminę E oraz roślinne i morskie ekstrakty mające właściwości ochronne i kojące. Testowany pod kontrolą dermatologiczną i przeznaczony do każdego rodzaju skóry.


Opakowanie jest bardzo funkcjonalne - posiada ten rodzaj pompki, której tłok po każdym naciśnięciu przesuwa się w górę. Dzięki temu kiedy produktu będzie mało, jego wykończenie nie będzie trudne. Wykonano je z miękkiego, ale solidnego plastiku. Myślę, że gdyby spadł nic by mu się nie stało.
Mimo że podkład nakładam palcami, doskonale rozprowadza się po skórze. Nie zostawia smug, cała twarz pokryta jest w sposób jednolity i wygląda bardzo naturalnie. Jego odcień jest odrobinę zbyt ciemny, ale doskonale dopasowuje się do koloru mojej twarzy. Krycie oceniam na średnie do mocnego. Osobiście nie mam zbyt wiele do zakrycia (poza drobnymi przebarwieniami), więc trudno mi ocenić jak działałby na cerę z większymi niedoskonałościami.




Podkład nie daje efektu maski, nie odcina się na twarzy.
Zgodnie z nazwą kosmetyk jest silnie matujący. Moja skóra nie ma tendencji do świecenia, więc mogłabym go używać praktycznie bez pudru. 
Trwałość jest godna podziwu - nawet nie utrwalony pudrem wytrzymuje kilkanaście godzin - zwykle nakładam go około 6:30 rano i kiedy wracam do domu dalej wygląda dobrze. Większość zmywam dopiero przy wieczornym demakijażu.
Podkład otula skórę sprawiając, że jest gładka w dotyku, jakby pokryta cieniutką warstwą pudru.
Kosmetyk nie uczula mnie, nie wysusza, ani nie zapycha porów. Z czystym sumieniem mogę go polecić.

piątek, 10 sierpnia 2012

Rimmel Match Perfection - podkład




Podkład Rimmel Match Perfection zbiera same pozytywne opinie. Oczywiście tylko ten z dużymi napisami na bocznej nalepce łączącej słoiczek z nakrętką. Jako, że mój Catrice'owy Infinite Matt skończył mi się akurat wtedy, kiedy nie miałam dostępu do Natury, zdecydowałam się na niego. Dokładnie oglądałam półkę, żeby nie kupić bubla w postaci słynnej wersji z małym napisem. Później przyszła pora na dobór koloru. Początkowo byłam nieco zawiedziona, nawet najjaśniejsza wersja dostępna w sklepie jest bowiem dla mnie zbyt ciemna. Jednakże po jej wypróbowaniu, okazało się, że dobrze stapia się ze skórą i pasuje mi.


Produkt zamknięty jest w słoiczku, który dobrze się prezentuje, ale w mojej opinii jest mniej wygodny, niż klasyczne butelki z pompką. Niezależnie od tego, czy zdecydujemy się nabierać ją pędzlem bezpośrednio z opakowania, czy też wyjąć trochę paluchem, nałożyć na nadgarstek i stamtąd aplikować na twarz - musimy coś w nim unurzać. A jak unurzamy to do środka transportujemy bakterie, co nigdy nie jest mądrym posunięciem. Pewnie można by wyciągać go szpatułką, ale kto - zwłaszcza nakładając makijaż rano i spiesząc się do szkoły/pracy - ma czas, by myśleć o takich rzeczach.
Poza tym słoiczek jest solidny i wg mnie dobrze się prezentuje.


Osobiście mam pewne zastrzeżenia do krycia podkładu. Nie wiem, czy to dlatego, że wzięłam jednak wersję z małym napisem, ale faktem jest, że do Catrice nie ma startu, a nakładam obydwa tą samą metodą.
Poza tym wszystko "na swoim miejscu". Podkład nie włazi w pory, ani nie sprawia, że są bardziej widoczne. Suchych skórek na twarzy nie posiadam, ale wrażenia przesuszonej skóry po jego użyciu nie zauważyłam. Kolor ładnie stapia się ze skórą, efekt jest naturalny i maski nie robi. Nie zauważyłam, żeby mnie uczulał, negatywnie wpływał na powstawanie wyprysków, ani żeby się warzył. 
Raczej nie ściera się w ciągu dnia, uważam go za trwały.
Nie wiem czy radzi sobie ze świecącą twarzą, bo od kiedy używam Biodermowej linii Sebium nie mam tego problemu.
Generalnie uważam go za porządny podkład, tyle tylko, że krycie mogłoby być nieco większe.


Porównania sprzed i po niestety dzisiaj nie będzie. Zdjęcia robił Luby i wierzcie mi - nie chciałybyście widzieć podkładu nałożonego przez niego. Chociaż jakby się tak nad tym zastanowić to chyba bardziej ja nie chciałbym widzieć go w podkładzie. ;)


Podsumowując: zasadniczo jestem na tak, mam jednakże dwa zarzuty: niewygodne opakowanie i nieco zbyt słabe - jak dla mnie - krycie. Poza tym nie pozostaje mi nic innego, jak tylko go polecić.






poniedziałek, 21 maja 2012

Pędzle do podkładu



Dziś proponuję Wam zbiorcze podsumowanie posiadanych przeze mnie pędzli do podkładu. Ponieważ większość z nich recenzowałam już w oddzielnych notkach nie będę się powtarzać, więc jeżeli jesteście zainteresowane - zapraszam do klikania w linki. ;) 




Zgrabny kabuki z elf był jednym z pierwszych pędzli, które kupiłam. Jestem i zawsze byłam z niego bardzo zadowolona - co więcej, nadal nie udało mi się znaleźć innego, który byłby tak gęsty i duży. Stosowałam go do nakładania podkładów mineralnych. Obecnie służy mi do omiatania twarzy pudrem. Z minerałów chwilowo zrezygnowałam, bo najzwyczajniej w świecie nie umiem znaleźć odpowiednich. Tym niemniej produkt świetnie spisuje się do ich nakładania. Włosie jest miękkie, nie drażni, dobrze wmasowuje produkt w skórę. Dobrze się pierze, włoski nie wypadają, nie traci kształtu, ani miękkości. Z pewnością jest to mój ulubiony produkt do aplikacji minerałów i na pewno do niego wrócę.

Ocena 5/5




Ten pędzelek przetestowałam na każdym możliwy sposób. :) Nakładałam nim zarówno minerały, jak i klasyczne fluidy wszelkiego rodzaju i zawsze sprawdzał się doskonale! Przy jego użyciu stworzymy dobre krycie, które będzie wyglądać naturalnie. Jeżeli miałabym wskazać do czego najlepiej się nadaje, to powiedziałabym, że jednak do produktów płynnych. Staranne pokrycie twarzy minerałami, przy jego użyciu, trwało po prostu zbyt długo w porównaniu z aplikacją przy pomocy kabuki. Z drugiej strony, jeżeli chciałabym budować lepsze krycie, to pewnie wybrałabym właśnie jego. Tym niemniej, jest to mój numer jeden w kwestii nakładania fluidów i to nie prędko się zmieni. Włosie miękkie i sprężyste, kształtu nie traci, nic nie wypada - żyć nie umierać. :)

Ocena 5/5



Duo fibre z LancrOne to jedyny skunks, jakiego posiadam i nie jestem z niego specjalnie zadowolona. Może to kwestia firmy - nie wiem, ale planuję się przekonać (mam na oku ten z Inglota). Jego włosie jest dosyć twarde i szczerze powiedziawszy nieco mnie kłuje. Może gdybym nie miała innych, dobrych pędzli, nie zwracałabym na to, aż takiej uwagi. Włosie się nie odkształca, ale co jakiś czas wypada mi kilka włosków. Niestety odkleiła mi się również rączka, ale to zdarza mi się również w lepszych produktach.
Mimo powyższych wad, nakładam nim czasem płynne podkłady i efekt jest wcale niezły. Nie tworzy maski, buzia wygląda naturalnie, krycie jest mniejsze, niż przy użyciu flat topa. Koniecznie w najbliższym czasie muszę wypróbować porządnego skunksa z zaufanej firmy. ;)

Ocena: 3/5




Pędzel z Sigmy to najbardziej typowy aplikator do podkładu. Tzw. "koci język" pod względem właściwości jest fantastyczny! Włosie jest miękkie, sprężyste, absolutnie nigdy nie traci kształtu. Oprócz tego jest doskonale wystopniowane tak, że da się nim aplikować nawet korektor. 
Jego minusem jest to, że dużo mniej podoba mi się efekt, jaki uzyskuję po jego użyciu, w porównaniu z poprzednikami. Ponieważ malując się nim, raczej "przesuwam", niż "wklepuję", czasem zdarza mi się, że kończę z maską zamiast twarzy. ;) Czasem zdarzają się nawet smugi. Owszem, staranniejsza aplikacja, sprawia, że żadna z powyższych rzeczy się nie stanie, ale wychodzę z założenia, że po co "mocować się" z pędzlem, którego robotę wykonam innym z łatwością? Ostatecznie służy mi do nakładania masek. ;)

Ocena: 4/5


wtorek, 27 marca 2012

Revlon Colorstay - podkład




Dziś pokażę Wam jeden z produktów, który znają chyba wszyscy. Niemal na każdym blogu poświęconym kosmetykom znajdziemy notkę na jego temat. Jest to ulubiony podkład wielu ludzi, rzadko spotyka się negatywne opinie na jego temat. Dlaczego jest taki popularny? 


Zacznijmy od opakowania. Jest to jedna z rzeczy, która najczęściej poddawana jest krytyce. Butelka jest szklana i ciężka, a do tego nie posiada pompki. Wydobycie z niej kosmetyku nawet przy pełnym opakowaniu jest niewygodne. Nie wiem, co będę robić kiedy produktu będzie mniej (choć pewnie tego momentu nie doczekam).
Zapach jest bardzo nieprzyjemny. Jest to woń typowo podkładowa, jednakże jej intensywność zwala z nóg. Nakładanie staje się z tego powodu bardzo nieprzyjemne. Zapach ulatnia się jednak dosyć szybko, tak, że na skórze nie jest wyczuwalny.


A teraz właściwości. Należy przyznać, że podkład daje naprawdę niesamowite krycie. Żaden inny znany mi kosmetyk nie daje, aż tak spektakularnych efektów. Pamiętam doskonale sytuację, w której pokazałam Revlon mojej koleżance. Miała ona dosyć spory problem z pewną niedoskonałością. Twierdziła, że bez względu na wszystko nie potrafi jej zakryć. Kiedy nałożyła na nią opisywany dziś produkt (co ważne - przy pomocy pędzla flat top) podbiegła do lustra i widząc swoje oblicze wrzasnęła: "nic nie widać!". ;) Jej euforia trwała dobrych kilka minut. ;) Za krycie musimy jednak zapłacić. Podkład jest bardzo ciężki, aż nieprzyjemny. Kilka razu zdarzyło mi się, że po aplikacji czułam dosłownie swędzenie na policzkach. Skóra była napięta i miałam wrażenie, że nie mogła oddychać. Musiało to być rzeczywiście wrażenie, ponieważ muszę przyznać, że nie zauważyłam, by na skutek stosowania Colorstay'a pojawiały mi się jakieś problemy skórne. 


Trwałość jest więcej niż zadowalająca. Aby ją zilustrować opowiem Wam o sytuacji, która zdarzyła się dzisiaj. ;) Jak widzicie na powyższym zdjęciu, nałożyłam na dłoń kroplę podkładu, żeby pokazać Wam efekt. Zapomniałam o niej i kilka minut temu starałam się ją zmyć. Najpierw tarłam ją palcem, później próbowałam zmyć produkt wodą. Plama jak była tak jest. Problem pomógł rozwiązać dopiero płyn micelarny.
Do tego dochodzi kwestia ceny. Szczerze powiedziawszy nie rozumiem tego zjawiska. Dlaczego podkład, który w drogerii kosztuje ok. 70 zł, na allegro jest dostępny za (dosłownie) połowę ceny? Czy to Douglas nakłada, aż taką marżę?
Należy także wspomnieć, że produkt występuje w dwóch wersjach: do cer suchej/normalnej oraz tłustej/mieszanej. Wybór kolorów - zupełnie dobry. Z moją dosyć jasną cerą, "załapałam się" dopiero na trzeci odcień.


Podsumowując: podkład ma wiele plusów, jednakże ja i tak się do niego nie przekonałam. Nie widzę sensu w stosowaniu produktu, którego obecność na mojej twarzy powoduje dyskomfort. Jak dotąd nie miałam jeszcze podkładu, który sprawiałby, że dosłownie czułam, iż moje lico ukryte jest pod niebywałą ilością tapety. Wiem, że nie każdy musi mieć takie odczucia, ale ja mam i z Colorstay'em póki co nie chcę mieć do czynienia!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...