Wiecie, że niespecjalnie lubię kredki do oczu. Źle się je aplikuje (zwłaszcza te twarde), są nietrwałe, rozmazują się, a kolor, który uzyskujemy przy ich użyciu jest mało intensywny. Dlatego wolę eyelinery. Te dwie kredki dostałam na spotkaniu blogerek. Użyłam ich kilka razy i oddałam mamie, bo szczerze powiedziawszy nie zmieniły mojej opinii o tego rodzaju kosmetykach.
Na stronie producenta brak jest jakichkolwiek informacji na temat tego produktu. O tym, że są to kosmetyki Vipery dowiedziałam się z innego bloga.
Posiadam dwa kolory: marine i mocca. Pierwszy to piękny, czysty granat, drugi - jasny, ciepły brąz. Kolory są ładne, gdybym posiadała cienie w takim kolorze, używałabym ich z chęcią.
Używanie tych kredek jest ciężkie. Są twarde i trudno nimi rysować nawet po ręce. Wykonanie makijażu na delikatnej skórze powieki jest praktycznie niemożliwe. Trudność tę można przeskoczyć poprzez podgrzanie kredek - możecie położyć je w pobliżu kaloryfera, bądź skierować na nie strumień ciepłego powietrza z suszarki, jednakże nawet wówczas, malowanie jest ciężkie. Linery te mają przedziwną konsystencję nieco zbliżoną do kredek świecowych, co oznacza, że są zbite i kreska narysowana przy ich użyciu jest niejednolita - miejscami pozbijana, w innych miejscach postrzępiona. Kosmetyk nałożony na powiekę roluje się, przesuwa, aż w końcu znika. Trwałość pozostawia wiele do życzenia, co specjalnie mnie nie dziwi - w końcu to kredki. ;)
Podsumowując: zbyt twarde, zbyt trudne w obsłudze, zbyt nietrwałe. Nigdy nie lubiłam kredek, a po użyciu tych od Vipery, jeszcze lepiej rozumiem dlaczego. Nie polecam. Bubelek. ;)









