Mimo że moda na miętusy powoli przemija, naszła mnie ostatnio chęć, żeby zafundować sobie taki kolor na paznokciach. Akurat będąc w drogerii trafiłam na odpowiedni odcień lakieru Catrice o interesującej nazwie Minter Wonderland (nr 56).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lakier do paznokci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lakier do paznokci. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 17 lipca 2014
wtorek, 9 lipca 2013
Catrice Revoltaire Colour Bomb - lakier do paznokci
Limitka Catrice Revoltaire dostępna była w Naturach w zeszłe wakacje. Co skłoniło mnie do pokazania lakieru z niedostępnej już limitki, która cieszyła się dużą popularniścią i, którego już raczej nie kupicie? Zdecydowałam się na to ze względu na przepiękny kolor kosmetyku. W mojej opinii jest idealny - słodki róż, ale nie w stylu Barbie, idealny na lato. Ponieważ kolekcja stara, nie ma większego sensu rozpisywać się nad właściwościami, dlatego przedstawię Wam ten lakier wg kryteriów, które kiedyś, specjalnie na tę okoliczność przygotowałam. W tym miejscu chciałabym zwrócić uwagę jedynie na przepiękne opakowanie lakieru - cała ta kolekcja była pod tym względem wybitnie dopracowana.
Kolor: 10/10 - patrz wstęp, cudny róż, ciepły i dziewczęcy. <3
Krycie: 5/10 - tragicznie nie jest, ale po dwóch warstwach trochę prześwitują końcówki.
Konsystencja: 10/10 - nakłada się szybko, wygodnie i - co najważniejsze - równomiernie..
Nakładanie: 10/10 - pędzelek superwygodny, nie rozlewa produktu po płytce. Duży plus za superszybkie schnięcie.
Trwałość: 3/10 - niestety już na drugi dzień od pomalowania ścierają się końcówki. Dziś - na trzeci dzień - stan ten utrzymał się, końcówki starte, ale odprysków brak.
Razem: 38/50, czyli wynik nie najgorszy.
Podsumowując: jeżeli traficie gdzieś na ten (lub dowolny inny) lakier z tej kolekcji - bierzcie w ciemno na moją odpowiedzialność.
poniedziałek, 25 marca 2013
Hean City Fashion - lakier do paznokci
Dziś chciałam w kilku słowach opowiedzieć Wam o nowym lakierze firmy Hean. Pełną paletę kolorów możecie zobaczyć tutaj. Jest tam kilka naprawdę interesujących odcieni. Ten, na który się zdecydowałam na stronie wygląda zupełnie inaczej. Miałam nadzieję, że będzie miał więcej tonów zielonych i będzie ciemniejszy. I tak nie jest źle, ale jeżeli będziecie coś zamawiać, pamiętajcie, żeby uwzględnić tę różnicę.
Przeczytajcie, co o lakierze pisze producent.
Muszę przyznać, że kosmetyk przypadł mi do gustu. Maluje się nim dobrze i wygodnie. Pędzelek jest cienki i precyzyjny, więc staranne pomalowanie paznokci (a nie skórek) to kwestia kilku minut. Konsystencja jest idealna: ani zbyt gęsta, ani zbyt rzadka, co pozwala na równe rozprowadzenie emalii. Do pełnego pokrycia płytki wystarczą dwie warstwy.
Trwałość jest standardowa - po około trzech dniach zaczynają się ścierać końcówki, po pięciu pojawiają się odpryski.
Do minusów należy zaliczyć fakt, że lakier niestety barwi płytkę paznokcia na żółto. Malowanie bez bazy jest więc wykluczone.
A teraz kilka zdjęć. Jak zwykle przepraszam za wszystkie niedociągnięcia, skórki, zacieki i inne.
Podsumowując: w kwestii koloru, lakier Hean zasługuje (w mojej ocenie ;)) na piątkę z plusem. Ponieważ barwi płytkę paznokci, ocena ta musi ulec obniżeniu. Pod względem pozostałych właściwości ani nie ustępuje innym lakierom, ani nie pozostawia ich w tyle. Taki zwyczajny przeciętniaczek.
sobota, 9 marca 2013
Catrice Revoltaire: Innocent Toxin - lakier do paznokci
Dziś pokażę Wam jeden z moich ulubionych lakierów, pochodzący z jednej z najlepszych limitowanych edycji z jakimi zdarzyło mi się zetknąć. Chodzi o Innocent Toxin z fantastycznej Catrice'owej Revoltaire. Kupiłam z niej niemal wszystko. ;) Recenzje innych kosmetyków przeczytacie pod poniższymi linkami:
Na początku nie polubiłam się z tym lakierem, wydawał mi się zbyt płynny, zbyt słabo napigmentowany i ogólnie jakiś taki bez sensu. Jedyne co od początku w nim polubiłam to kolor.
Odkopałam go niedawno, użyłam kilka razy i szczerze powiedziawszy nie zauważyłam żadnej z wad, które początkowo mnie w nim zirytowały. Nie wiem, czy zgęstniał, czy może ja trochę wprawiłam się w używaniu lakierów, ale obecnie maluje mi się nim wcale nieźle. Do pełnego pokrycia płytki wystarczą dwie warstwy (jeżeli kładziecie bardzo cienkie to może gdzieniegdzie trzeba będzie dołożyć trzecią), a konsystencja jest bardzo dobra - ani się nie leje, ani nie zasycha zanim zdążę dojechać pędzelkiem do końca paznokcia. Lakier nie smuży, nie robią się w nim bańki powietrza, które potem pękają i tworzą nieestetyczne kratery. Z trwałością też nie jest najgorzej - trzeciego dnia zmyłam praktycznie nienaruszoną emalię. Kosmetyk nie ściera się ani nie odpryskuje.
Poniżej swatche i jak zwykle przepraszam za skórki:
Podsumowując: piękny kolor i niezła jakość, czyli bardzo przyjemny lakier na piątkę.
Wybaczcie, że ostatnio piszę rzadziej i krócej, ale zmagam się z zapaleniem spojówek i alergią oczu, które sprawiają, że wszelkie komputerowe seanse trwające dłużej niż piętnaście minut stają się katorgą. Mam nadzieję, że niedługo mi przejdzie i będę mogła blogować na spokojnie. ;)
wtorek, 5 marca 2013
Essence Marble Mania: Peaches - lakier do paznokci
Dziś dosłownie kilka słów na temat lakieru Essence, który co prawda pochodzi z edycji limitowanej (i to występującej już dosyć dawno), ale myślę, że dacie radę jeszcze dorwać go w drogerii. Do niedawno widziałam Marble Manię w Douglasach.
Zacznę od tego, że nie lubię pasteli. Na ten lakier zdecydowałam się, bo akurat wtedy marzyła mi się brzoskwinia na paznokciach. Użyłam go raz i wrzuciłam na dno pudełeczka lakierowego. Dlaczego?
Po pierwsze nie podoba mi się konsystencja. Jest strasznie rzadka, leje się i spływa z pędzelka. Pomalowanie paznokci takim lakierem to spory wysiłek nawet jeżeli pigmentacja jest dobra, czego o tej emalii powiedzieć nie można. Na poniższych zdjęciach mam 4 (!) warstwy (a i tak gdzieniegdzie przydałoby się jeszcze lekko maznąć). Nie mam czasu, ani ochoty poświęcać godziny na malowanie paznokci. Jedynym plusem jest pędzelek, który jest cieniutki i precyzyjny, ale mógłby być nieco dłuższy.
Trwałość - jak na cztery warstwy - wcale niezła. Zmyłam go po 4 dniach, ale nie miałam ani odprysków, ani startych końców.
Jak zwykle przepraszam za skórki, ale po prostu nienawidzę ich usuwania. Normalnie na samą myśl przechodzą mnie ciarki. Mam nadzieję, że jakoś to przeżyjecie. :P
Podsumowując: lakier jest po prostu słaby. Konsystencja fatalna, pigmentacja również. Na plus można zaliczyć jedynie precyzyjny pędzelek i w miarę dobrą trwałość.
niedziela, 9 grudnia 2012
Diadem - lakier do paznokci
Która z nas nie uwielbia paznokci w kolorze klasycznej czerwieni? Osobiście uważam, że taki manicure pasuje do niemal każdej sytuacji: zarówno do pracy, jak i na wielkie wyjście. Nieco problematycznym może okazać się fakt znalezienia odpowiedniego lakieru. Nie chodzi tutaj jedynie o właściwości (chociaż ostatnia czerwień, jaką posiadałam, schodziła z pazurów po dwukrotnym umyciu rąk), lecz przede wszystkim o dobranie idealnego odcienia. Ten, firmy Diadem, wydaje mi się dość uniwersalny, powinien pasować do większości stylizacji i typów urody.
Lakier zamknięty jest w typowej dla takiego produktu buteleczce, mieszczącej 12 ml. Konsystencja jest niezła, nie leje się, nie smuży, pozwala w spokoju pomalować paznokieć, a jednocześnie nie wysycha w nieskończoność - ręce nadają się do użytku już po około 15 minutach.
Na uwagę zasługuje pędzelek, który jest bardzo cienki i precyzyjny. Jest to miła odmiana po wszystkich Joko i Essence'ach, które proponują nam pędzle niemalże do malowania ścian, przez które skórki są ustawicznie upaćkane.
Pigmentacja powyżej przeciętnej, już pierwsza warstwa daje niemal pełne krycie. Ja zdecydowałam się na drugą tylko dlatego, że biała część paznokcia jest u mnie bardzo widoczna i prześwitywała spod emalii. Dwie warstwy to 100% krycia, dające intensywność koloru i piękny, klasyczny efekt.
Trwałość przeciętna, końcówki ścierają się koło 3 dnia, koło 5 pojawia się konieczność zmycia lakieru z powodu odprysków.
Podsumowując: piękny kolor, dobre właściwości i niska cena sprawiają, że lakierowi firmy Diadem warto się przyjrzeć bliżej. Zdecydowanie polecam.
niedziela, 2 grudnia 2012
LE Essence: alice has a vision - again, lakier do paznokci
Ponieważ ostatnio nieco częściej wrzucam recenzje lakierów do paznokci, postanowiłam nieco zmienić ich formę. Zdecydowałam się na to, ponieważ często zdarza się, że recenzuję kilka kolorów z jednej linii w osobnych notkach. Zdarza się wówczas, że emalie mają podobne właściwości. Posty zawierające moją opinię na ich temat, składają się, w związku z tym, głównie z powtórzeń, co niespecjalnie mi się podoba. Z drugiej strony dodając kolejną notkę nie sposób nie napisać choć kilku słów dla tych, którzy nie śledzą mojego bloga, a chcieliby uzyskać informację na temat produktu. Dlatego postanowiłam, że od dziś o lakierach będę pisać w formie zestawienia ich najważniejszych - w mojej opinii - właściwości wraz z punktacją w skali 1-10.
Kolor: 8/10 (ładniejszy, niż Edward's Love, ale już do A piece of forever nie mający startu. Generalnie ciemna baza+kolorowy brokat = me likey).
Krycie: 6/10 (zdecydowanie dwie warstwy są konieczne do pełnego pokrycia płytki. Po nałożeniu takiej ilości nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby gdziekolwiek trzeba było dokładać trzecią).
Konsystencja: 10/10 (praktycznie idealna, wszystkie lakiery z tej kolekcji wyjątkowo mi pasują ;)).
Nakładanie: 8/10 (pędzelek jest dosyć szeroki, a mimo tego z nakładaniem emalii radzę sobie nawet ja - lakier nie rozlewa się, ani nie smuży. Po nałożeniu wysycha ekspresowo - kolejną warstwę możemy nakładać już po około 3 minutach, całkowite wyschnięcie trwa maksymalnie 30, po tym czasie nie odbija się na nim nawet prześcieradło)
Trwałość: 3/10 (tutaj nieco słabiej - po dwóch dniach wytarły się końcówki. Plusem jest fakt, że lakier nie odpryskuje).
Razem: 35/50, czyli bardzo przyzwoity wynik jak na lakier kosztujący około 8-9 złotych. Polecam zdecydowanie!
Przepraszam za skóreczki i inne estetyczne niedociągnięcia, learning in progress. :D
Inne lakiery z tej kolekcji:
poniedziałek, 19 listopada 2012
Essence, A piece of forever - lakier idealny
Będzie to już trzeci post na stronie głównej, który dotyczy wampirzej limitowanki Essence. Aż mi trochę głupio, zawsze starałam się, żeby było różnorodnie, ale z tą edycją całkowicie przepadłam. Co dziwniejsze najbardziej zachwycają mnie lakiery, które normalnie interesują mnie naprawdę średnio. Tym niemniej fabrykuję te notki, żebyście zdążyły - jeżeli będziecie miały na to ochotę - nabyć jeszcze te cuda. Jeżeli o mnie chodzi są to najlepsze lakiery (pomijając może mój duet z YSL) jakimi zdarzyło mi się malować.
A piece of forever bardzo różni się od innych lakierów z tej limitki. Nie jest ciemny, brokat w nim zawarty jest drobniutki i tworzy efekt tafli, ale - mimo wcześniejszych zachwytów związanych z Edward's Love, który wydawał mi się nie do przebicia - podoba mi się chyba najbardziej. To płynne złoto zaczarowało mnie już w drogerii, niby mityczny smok zapragnęłam czym prędzej zawlec je do swego leża. I mimo iż na pazurkach posiadałam opisywany dwa dni temu Edward's Love, zmyłam go niezwłocznie, by jak najszybciej je ozłocić.
Kiedy rozpoczęłam malowanie, natychmiast rozpłynęłam się w zachwycie. Ten lakier jest IDEALNY! Konsystencja dokładnie taka jak trzeba, ani gęsta, ani lejąca, kremowa i znakomicie kryjąca. Pierwsze skojarzenie z płynnym złotem potwierdziło się. Pigmentacja jest znakomita - na niektórych paznokciach wystarczyła zaledwie jedna warstwa! Pozostałe musiałam poprawić tylko dlatego, że tę białą część mam naprawdę bardzo białą, a denerwuje mnie kiedy przebija. Na moich paznokciach kosmetyk wysycha dosłownie w minutę zaś po następnych dwudziestu jest już na tyle twardy, że nawet mocne przytknięcie paznokcia do materiału/włosów/uderzenie o framugę skutkujące bieganiem w kółko i klęciem siarczyście nie pozostawia śladów.
Proszę mi nie dogadywać z tymi skórkami, pociapranymi paznokciami i ogólnym brakiem zdolności malarskich. Ja sama świetnie wiem, że idzie mi to mizerniutko, ale trening czyni mistrza (przede mną jeszcze długi :P), zobaczycie, że kiedyś będę malować ładnie, a póki co osobom o słabych nerwach odradza się oglądanie tych drastycznych zdjęć. :) Wrzucam te przerażające fociszcza tylko i wyłącznie dlatego, że ten lakier podoba mi się BARDZO, a nie mam możliwości zaprezentować go w inny sposób.
Podsumowując: Panie i Panowie, przedstawiam lakier idealny.
sobota, 17 listopada 2012
LE Essence Breaking Dawn - lakier do paznokci Edward's Love
Mimo iż obiecałam sobie, że na jakiś czas koniec u mnie z lakierami, tym z najnowszej limitki Essence nie mogłam się oprzeć. Początkowo kupiłam jedynie ten, który widzicie powyżej, ale będąc dzisiaj w drogerii znalazłam pełniutki stand i nie mogłam się oprzeć, więc wzięłam kolejne dwa (ich zdjęcie na dole notki). Nie wykluczam, że wrócę się również po wersję fioletową. :)
Co tak spodobało mi się w tym lakierze? Oczywiście kolor! Uwielbiam czerń na paznokciach, a tutaj dodatkowo mamy brokat, który wygląda naprawdę fantastycznie. Brokat jest bardzo drobny, więc i efekt na paznokciach uzyskujemy delikatny.
Dodatkowym plusem tego lakieru jest fakt, że zastyga na paznokciach jednolitą masą - jest gładki i poszczególne kryształki nie wystają ponad warstwę emalii drapiąc i będąc nieprzyjemnymi w dotyku nawet wówczas, gdy nie zabezpieczymy powierzchni bezbarwnym topem.
Maluje się przyjemnie, co ciekawe wystarczą dwie warstwy. Uwielbiam to, że kolor bazowy tego lakieru jest na tyle kryjący, że można go nosić solo. Bardzo lubię mieć brokatową warstewkę na paznokciach, a jednocześnie nie mam cierpliwości, by do standardowych dwóch porcji emalii dokładać jeszcze trzecią celem ich roziskrzenia (a spotkać stuprocentowo kryjący lakier z brokatem w ciemnym kolorze nie jest tak znowu łatwo ;)).
Pędzelek też wygodny, włosy nie wychodzą, szeroki jest akurat. Jednak co Luksemburg (miejsce produkcji ;)) to Luksemburg. ;)
Proszę mi nie dogadywać z tymi skórkami, pociapranymi paznokciami i ogólnym brakiem zdolności malarskich. Ja sama świetnie wiem, że idzie mi to mizerniutko, ale trening czyni mistrza (przede mną jeszcze długi :P), zobaczycie, że kiedyś będę malować ładnie, a póki co osobom o słabych nerwach odradza się oglądanie tych drastycznych zdjęć. :) Wrzucam te przerażające fociszcza tylko i wyłącznie dlatego, że ten lakier podoba mi się BARDZO, a nie mam możliwości zaprezentować go w inny sposób.
A tutaj dodatkowe dwa które nabyłam. Mamy więc od lewej złoty numer 03 A piece of forever, następnie granatowy 01 Jacob's protection i pokazywany powyżej 04 Edward's love. Jedyny, którego nie mam przypomina swoich ciemnych kolegów z tą jednakże różnicą, że jego barwą bazową jest fiolet.
Jak Wam się podoba?
Subskrybuj:
Posty (Atom)








































