Niezależnie od tego jak daleko trzymałam się od kosmetycznego światka w okresie, w którym nie prowadziłam bloga, pozostał jeden nawyk, drobne uzależnienie, którego nawet nie chciałam zwalczać. Otóż zawsze kiedy znalazłam się w okolicy drogerii Natura, musiałam wejść i sprawdzić, czy jest jakaś nowa limitka Essence. Te limitkowe łupy to w zasadzie jedyne kosmetyki, które kupowałam dla przyjemności, a nie dlatego, że były mi potrzebne. I cieszę się bardzo, że akurat ten nawyk mi pozostał, bo ustrzeliłam trochę perełek, przede wszystkim lakierów (zwłaszcza Floral Grunge i edycja Biebera). Ostatnio dorwałam się do edycji Beach Cruisers.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błyszczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błyszczyk. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 21 lipca 2014
sobota, 15 czerwca 2013
Lancome Color Fever Gloss - błyszczyk do ust
Pokazywałam jakiś czas temu co kupiłam podczas podróży do Stanów. Jeden z nich stał się moim ulubieńcem, od dnia zakupu używałam go niemal bez przerwy. :) To właśnie o nim Wam dzisiaj opowiem. Panie i panowie: błyszczyk Lancome Color Fever Gloss.
Zacznę od tego, że nie jest to pierwszy błyszczyk od Lancome, który posiadam i, z którym tak bardzo się polubiłam. Przy okazji dzikich Sephorowych wyprzedaży nabyłam pokazywany tutaj Juicy Tubes i, mimo iż jej recenzja póki co nie pojawiła się na blogu (ale to się zmieni!), do teraz jest on jednym z moich ulubionych błyszczyków. Powodem dla którego prezentowany dziś Color Fever Gloss uważam za jeszcze lepszy, jest jego fantastyczny aplikator! Jak możecie zobaczyć na zdjęciach jest on duży, wąski i płaski. Dzięki temu maluje się nim bardzo szybko, równomiernie i po prostu wygodnie.
Samo opakowanie piękne, ale w przypadku Lancome to standard. :) Prezentowany tutaj kolor to numer 304 - Crazy Pink.
Konsystencja błyszczyka jest fantastyczna - dość gęsta, by być nieco bardziej trwałą, niż przeciętne błyszczyki, a jednocześnie absolutnie nie klejąca, lecz śliska, nawilżająca i kremowa. :) Na ustach nosi się go po prostu przyjemnie, ponieważ jest praktycznie niewyczuwalny. Kosmetyk odrobinę nawilża wargi, dając uczucie komfortu i rozluźnienia.
Zapach jest słodki i ładny. Obecnie mam katar więc nie mogę tego stwierdzić na pewno, ale o ile mnie pamięć nie myli, nie jest chemiczny.
Kolor, który posiadam wygląda na ustach bardzo ładnie. Jak widzicie nałożony na moje, jedynie delikatnie podbija ich naturalny kolor i daje dużo połysku. Mimo iż w kosmetyku zatopionych jest sporo drobinek, na ustach są widoczne jako jednolita tafla, a nie pojedyncze kryształki brokatu.
Podsumowując: piękny i przyjemny. I nic więcej do dodania! :)
czwartek, 30 maja 2013
Rimmel Apocalips 201 - błyszczyk do ust
Ponieważ skończyłam wczoraj pisać pracę magisterską, mogę nareszcie wrócić do regularnego prowadzenia bloga. :) Mam masę recenzji do nadrobienia, więc bez przydługich wstępów przejdę do pierwszej z nich.
Pragnę jeszcze uprzedzić, że w ciągu kilku najbliższych dni zdjęcia na blogu mogą być nieco niekonwencjonalne. :) Mam nowy aparat i zamierzam trochę się z nim pobawić. Dziś w roli tła moja piękna poszewka. ;)
Dziś na tapetę weźmiemy błyszczyk, którego recenzja przetoczyła się przez większą część blogów kosmetycznych - Apocalips firmy Rimmel. Od razu powiem, że bardzo polubiłam się z tym "lakierem do ust", jednak nie używam go na codzień, ponieważ jest po prostu zbyt intensywny, by używać go w locie, bez lusterka, tak jak używam błyszczyka. Kolor, który Wam pokażę to nr 201 Solstice.
Muszę przyznać, że opakowanie przypadło mi do gustu. Podobają mi się kolory, ogólny design i ciekawy wygląd nakrętki. Wiem, że nie ma w tym niczego szczególnego, ale w mojej opinii, jest po prostu ładne.
Konsystencja tego "lakieru do ust" kojarzy mi się ze szminkami w płynie, które kupowałam będąc w gimnazjum. Nie jest klejący, ani ciężki i dosyć lekko trzyma się na ustach. Mimo tego, po mechanicznym starciu kosmetyku, kolor utrzymuje się na ustach. Produkt daje niesamowity połysk i charakteryzuje się naprawdę dobrą pigmentacją. Z ustami nie robi w zasadzie nic - ani ich nie nawilża, ani nie wysusza. Ponieważ ostatnio dosyć często natrafiałam na produkty, po których skóra była ściągnięta - należy to uznać za plus. Apocalips ma niestety niezbyt przyjemny zapach, który na szczęście nie utrzymuje się długo.
Należałoby wspomnieć choć słowem o gąbeczce służącej do aplikowania produktu. Kształtem nie różni się od innych aplikatorów, ale jego spodnia część posiada wgłębienie (widać je z resztą na zdjęciu), w którym zbiera się błyszczyk. Dzięki temu prostemu patentowi, pędzelek nabiera większą ilość kosmetyku, co pozwala pomalować usta praktycznie jednym ruchem, unikając tym samym zakwasów spowodowanych koniecznością pięciominutowego maczania aplikatora w pojemniczku.
Sam kolor jest bardzo ładny - jak widzicie na moich ustach nie jest przesadnie widoczny, powiedziałabym, że lekko podbija ich kolor i nadaje delikatnego, jasnego połysku. Uważam, że prezentuje się nadspodziewanie dobrze, kiedy zobaczyłam go w opakowaniu sądziłam, że będzie dużo gorzej.
Podsumowując: kosmetyk ma naprawdę dobre właściwości, ale jakoś nie widzę dla niego miejsca w mojej kosmetyczce. Jest zbyt dobrze napigmentowany, żeby używać go jako błyszczyka, który możemy nałożyć bez patrzenia w lusterko, oraz zbyt mało trwały, żeby używać go zamiast szminki. Gdyby był bardziej błyszczykowaty, kupiłabym pewnie jeszcze kilka kolorów. :)
sobota, 2 marca 2013
Victoria's Secret Shiny Kiss - błyszczyk do ust
Dziś chciałam Wam pokazać mojego najnowszego ulubieńca w kategorii błyszczyków. Jest to tubka od Victoria's Secret. Na opakowaniu znajduje się informacja, że jest to kosmetyk smakowy i w istocie tak jest. Produkt zostawia słodki i przyjemny posmak, podobny do tego, jaki zostaje po paleniu Djarumów.
Kosmetyk został zamknięty w typowej tubce. Lubię to rozwiązanie, jest wygodne, nie trzeba się bawić z gąbeczkami i pędzelkami (które tylko czasami są wygodne i sensowne ;)). Minusem jest fakt, że trudno to-to utrzymać w czystości. Zawsze coś tam zostanie na czubku, a stamtąd to już tylko chwila od ubabrania całego gwintu, do którego później klei się wszystko. No, ale nie można mieć wszystkiego. ;)
Konsystencja jest bardzo bogata. Delikatna, lekka, a jednocześnie treściwa. Do tego piękny zapach. Co ciekawe nie jest to typowy błyszczyk służący jedynie do nabłyszczania warg. Ten kosmetyk bowiem, naprawdę je nawilża i odżywia. Byłam ostatnio chora, a zawsze kiedy jestem mam bardzo spękane usta. Nakładałam ten błyszczyk, bo ładnie pachniał i był słodki, bo leżał w pobliżu. Wieczorem zauważyłam, że większość pęknięć zniknęła, a te, które pozostały były dużo mniej widoczne.
Kolor w opakowaniu może wydawać się ciemny, jednak po nałożeniu na usta otrzymujemy delikatny róż, podbijający naturalną barwę naszych ust. Kosmetyk daje piękny efekt tafli. Oprócz tego, są w nim zatopione malutkie błyszczące drobinki, które sprawiając, że makijaż jest jeszcze bardziej błyszczący i całuśny. :) Końcowy efekt możecie zobaczyć tutaj:
Podsumowując: bardzo polubiłam się z tym błyszczykiem. Nie klei, jest przyjemny w użyciu i pysznie smakuje. Nie wiem jaka jest jego cena, ponieważ otrzymałam go w prezencie (a nie wiem, czy można wierzyć tym podanym na Amazonie), ale nie sądzę, żeby był droższy, niż błyszczyki Maca, a - przynajmniej moim zdaniem - znacznie przewyższa je jakością.
piątek, 25 stycznia 2013
LE Essence Home Sweet Home - błyszczyk

Dopiero teraz zauważyłam, że według powyższego zdjęcia, prezentuję dziś błuszczuk. :D Wybaczcie!
Niesamowicie denerwuje mnie, że do Polski nie docierają wszystkie limitowane edycje Essence i Catrice. Ba, mam wrażenie, że osoba, która decyduje, co wprowadzą polskie drogerie wybierajedynie kolekcje wyważone i zachowawcze, a wszystkie chociaż odrobinę bardziej wyraziste po prostu do nas nie dochodzą. Niestety nie weszła u nas również piękna Home Sweet Home. Nie lubię tego o tyle, że jeżeli chcę nabyć któryś z niedostępnych u nas kosmetyków, jedyne, co mi pozostaje to aukcje, gdzie ceny są częstokroć dwa i więcej razy wyższe, niż w drogerii. A przecież jedną z największych zalet Essence jest właśnie to, że jest tanie.
Poza tym na aukcjach nie pojawia się wszystko. Tak było i teraz - miałam ochotę na chłodny róż, a że nie znalazłam, na pocieszenie wzięłam sobie chociaż błyszczyk. :) Tak samo zrobię chyba z Fantasią, która na polskiej stronie Essence wisi od dawna, a gdzie jej szukać nie wie, chyba nikt.
Opakowanie błyszczyka jest typowe, ale bardzo ładne. Głównie dlatego się na nie skusiłam - spodobał mi się przezroczysty pojemniczek z różowymi napisami i sweterkowym motywem. Wyprodukowano go, co ciekawe, w Polsce, w której ostatecznie nie dało się go nabyć. ;) W opakowaniu mieści się 7 ml błyszczyka, który zachowuje ważność przez 12 miesięcy od otwarcia.
Jeśli chodzi o pędzelek to, albo mnie trafił się wybrakowany egzemplarz, albo Essence się nie popisało. Jest to bowiem twardy rysik zbity z króciutkich, białych włosków. Ponieważ obecnie włoski zaczęły się w moim aplikatorze rozwarstwiać, zaczęłam się zastanawiać, czy zamierzoną przez producenta formą miał być właśnie ów rysik, czy też zwykły pędzelek, który z niewiadomych powodów tak mocno się skleił. Ale szczerze powiedziawszy nie wydaje mi się, żeby miała to być ta druga możliwość - pędzelek jest zbyt twardy.
Tak czy siak jest to rozwiązanie niewygodne. Jak już wspomniałam, aplikator jest twardy, skutkiem czego, ciężko jest rozprowadzić kosmetyk po ustach, które - było nie było - są nie tylko okrągłe, ale i miękkie. Rysik wbija się w nie, wyłazi za krawędź, generalnie jeżeli chcemy przejechać nim po ustach bez patrzenia w lusterko, zdecydowanie konieczne będzie późniejsze wycieranie tego, co wyjdzie poza ich kontur.
Nazwa jak zwykle świetna - Mugs&Kisses. To właśnie takie rzeczy sprawiają, że kupuję Essence na potęgę.
Zapach jest bardzo słodki. Trochę jak waniliowa landrynka, ale odrobinę chemiczna. Czuć też wspomniany przez producenta mentol. Mnie osobiście się podoba, ale mój zmysł powonienia bywa dziwaczny.
Konsystencja bardzo w porządku. Jest konkretna, też jakby landrynkowa, ale nie skleja ust, jak miało to miejsce w niektórych błyszczykach tej firmy. Ostatnio jest u nich pod tym względem dużo lepiej. Chociaż może to ja w końcu przyzwyczaiłam się do klejuchów? :)
Trochę obawiałam się jego właściwości, ponieważ co do zasady jest to przecież volume&gloss lip maximizer. Ale jest dobrze. Po nałożeniu na usta odczuwalne jest charakterystyczne (i bardzo przyjemne ;)) uczucie zimna. Przechodzi po jakichś piętnastu minutach i - jak się domyślam - wówczas nasze usta powinny już przypominać te, którymi może się poszczycić Angelina Jolie. Czy rzeczywiście tak jest? Nie wiem, nie umiem tego jednoznacznie określić. Dopóki nie zrobiłam poniższych zdjęć, wydawało mi się, że ten efekt nie występuje w ogóle. Porównując je, wydaje mi się, że jest minimalna różnica, ale może to być równie dobrze kwestia innego ułożenia ust. Powiem tylko, że jeżeli kosmetyk działa, to nie w taki sposób, jak tego rodzaju produkty z wyższej półki. Tamte nawet nałożone na rękę, sprawiają, że skóra w tym miejscu jest wypukła i zaczerwieniona, tutaj takiego efektu brak.
Jako błyszczyk sprawdza się za to fantastycznie. ;)
Bezpośrednio po nałożeniu...
... i po około 15 minutach.
Podsumowując: fajny błyszczyk z dziwacznym aplikatorem? Tak. Powiększenie ust? Nie. Ja jestem zadowolona. :)
Zapraszam Was też do polubienia mojego profilu na facebooku. Staram się zabrać za regularne prowadzenie go, mam zamiar wrzucać tam nie tylko informacje kosmetyczne, ale i inne ciekawe rzeczy. :)
czwartek, 6 grudnia 2012
LE Essence Twilight Breaking Dawn - błyszczyki
Wiem, że ostatnio trochę tu zastoju, jeżeli chodzi o typowe recenzje. Mam tylko jedno wytłumaczenie: jest zbyt wiele rzeczy, o których chciałabym napisać. Rzadko zdarza się, żebym miała czas dodać dwie notki jednego dnia - czasem nie zdążę wrzucić nawet jednej (staram się, żeby trzymały jakiś poziom, a nie tylko zapychały ;)). Recenzje mam zaplanowane chyba do końca 2014 roku, ale tutaj wyskoczy jakiś konkurs, tutaj zużycia albo zakupy, kiedy indziej coś ładnego, co po prostu muszę pokazać już i natychmiast. Mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza. Jeżeli jednak tak jest - dajcie znać. Postaram się wówczas ograniczyć wszelkie pozamerytoryczne posty i wrócić do typowo kosmetycznych korzeni.
Wstęp ten spowodowany jest nie tylko faktem, że ostatnio sporo u mnie dygresji, ale także, że połowa ostatnich recenzji traktowała o najnowszej limitowance Essence. Wierzcie mi, że zawsze kiedy pojawiały się te posty miałam pisać o czymś innym. Ostatecznie dochodziłam jednak do wniosku, że należy opisać limitowane kosmetyki póki czytelniczki mogą jeszcze dostać je w sklepie.
Tym nie mniej dzisiejsze błyszczyki są już ostatnim, co nabyłam z Twilightowej edycji. :)
Błyszczyki zamknięte są w dosyć typowych opakowaniach. Jedyne co je wyróżnia to aplikatory - są nieco rzadziej spotykane, niż typowe gąbeczki, ale zasadniczo nie ma w nich nic odkrywczego. Przyznam się szczerze, że osobiście lubię je średnio. W sumie nie są złe, ale mało precyzyjne. Żeby nie wyjść poza kontur ust, obrysowuję go końcówką, na której zasadniczo nie osiada zbyt dużo kosmetyku, więc - mimo, że opakowanie dozuje właściwą ilość produktu - muszę często dobierać dodatkową porcję. Jeżeli chodzi o wypełnienia to owszem, aplikator sprawuje się nieźle, jeżeli mamy spore usta. U mnie sprawdza się tylko na dolnej wardze - na górną jest po prostu zbyt szeroki i nakłada kosmetyk poza jej granicę.
Właściwości są super. Essence dawno nie miało tak dobrej propozycji jeżeli chodzi o błyszczyki do ust. Konsystencja jest gęsta i treściwa, sama w sobie tworzy efekt tafli. W obu odcieniach mamy nieco delikatnych drobinek, więc przeciwniczki brokatu nie będą specjalnie zadowolone. Dobra wiadomość jest taka, że - w przeciwieństwie do błyszczyków z Marble Manii - brokat ów nie zostaje na ustach, kiedy kosmetyk z nich zejdzie.
Sam zaś błyszczyk - pewnie ze względu na porządną konsystencję - trzyma się zaskakująco długo, na moich ustach sporo dłużej, niż inne błyszczyki Essence.
Niezwykle ważne jest dla mnie, że produkt w najmniejszym nawet stopniu nie klei ust, przeciwnie - przez cały czas pozostaje mokry i śliski, sprawiając, że noszenie go jest po prostu przyjemne.
Zapach posiada bardzo przyjemny, choć nieco chemiczny. ;)
Tak, tak, wiem, że fiolet wygląda na tym zdjęciu trupio i koszmarnie. Spójrzcie jednak jak prezentuje się na ustach - wydaje się praktycznie transparentny:
środa, 5 września 2012
Subiektywny ranking błyszczyków (jak dotąd zrecenzowanych ;))
Kontynuując rozpoczęty niedawno cykl notatek polegający na zamieszczaniu zestawień dotychczas przeze mnie recenzowanych kosmetyków z danej kategorii. Jak pisałam przy okazji pierwszej odsłony celem projektu jest z jednej strony wskazanie Wam, który z tysiąca podobnych kosmetyków uważam za najlepszy, a z drugiej zawstydzenie mnie, że posiadam taką ilość zbędnych kosmetyków.
Dzisiaj zobaczycie zrecenzowane jak dotąd błyszczyki. Będą oceniane według pięciu kryteriów w skali od jednego do dziesięciu. Oprócz tego na końcu znajdziecie (niezwykle ważną w mojej opinii) informację, czy klei, czy nie. :)
Zaczynamy.
Zaczynamy.
1. Celia Women
Kolor: 10
Łatwość/szybkość/wygoda nakładania: 10
Jakość: 8
Cena: 10
Sympatia: 10
Klei? Nie!
48/50
2. YSL Golden Gloss
Kolor: 10
Łatwość/szybkość/wygoda nakładania: 10
Jakość: 10
Cena: 3
Sympatia: 8
Klei? Nie!
41/50
3. Inglot
Kolor: 8
Łatwość/szybkość/wygoda nakładania: 10
Jakość: 8
Cena: 7
Sympatia: 7
Klei? Nie!
40/50
4. Mac - Blessedly Rich
Kolor: 7
Łatwość/szybkość/wygoda nakładania: 10
Jakość: 10
Cena: 3
Sympatia: 7
Klei? Dość mocno.
37/50
5. Wibo - Spicy Gloss
Kolor: 9
Łatwość/szybkość/wygoda nakładania: 8
Jakość: 3
Cena: 10
Sympatia: 5
Klei? Nie!
35/50
6. Essence - Marble Mania
Kolor: 6
Łatwość/szybkość/wygoda nakładania: 7
Jakość: 3
Cena: 10
Sympatia: 7
Klei? Nie!
33/50
7. Sensique - Colorful Dream Lip Gloss
Kolor: 6
Łatwość/szybkość/wygoda nakładania: 8
Jakość: 3
Cena: 10
Sympatia: 5
Klei? Nie!
32/50
8. H&M Lipgloss
Kolor: 5
Łatwość/szybkość/wygoda nakładania: 8
Jakość: 3
Cena: 9
Sympatia: 4
Klei? Nie!
29/50
9. Eveline Colour Celebrity
Kolor: 2
Łatwość/szybkość/wygoda nakładania: 8
Jakość: 3
Cena: 10
Sympatia: 3
Klei? Nie!
26/50
10. Essence - Crystaliced
Kolor: 2
Łatwość/szybkość/wygoda nakładania: 4
Jakość: 3
Cena: 10
Sympatia: 2
Klei? Tak
21/50
czwartek, 12 lipca 2012
MAC: Hey, Sailor! Blessedly Rich - błyszczyk do ust
Nigdy
nie widziałam sensu w kupowaniu drogich błyszczyków. Faktem jest, że
kiedyś w ogóle nie widziałam sensu w kupowaniu błyszczyków.
Nienawidziłam ich szczerze i nie używałam z przekonaniem. Ale później od
jednej kolekcji Essence do kolejnej, od jednego, który miał piękny
kolor, do innego, zaczęłam się do nich przekonywać. Szaleństwo sięgnęło
zenitu w zeszłą środę, kiedy to zdecydowałam się na zakup błyszczyka
Mac. Weszłam tam na zasadzie "zobaczę co jest", a wyszłam z tym
cudeńkiem argumentując przed samą sobą, że "to prezent za sesję", oraz
"dla pocieszenia się z powodu tej jakże straszliwej rany, którą mam na
udzie lewym i, która skutecznie uniemożliwia mi rowerkowanie i
systematyczne chudnięcie w tempie zastraszającym". I wzięłam, bo oprawa
kolekcji Hey, Sailor! oczarowała mnie od pierwszych zdjęć.
Posiadam kolor Blessedly Rich.
Opakowanie
jest mało Macowskie ( napis jest złoty! Widziałam jak ktoś kiedyś na
blogu prezentował jak odróżnić oryginały Maca od podróbek - dziewczyna
napisała tam, że firma nie ułatwia nam zadania, chociażby przez bardzo
różne wykończenia pędzli. Gdybym znalazła ten błyszczyk na Allegro
byłabym pewna, że to podróbka, nawet nie zwróciłabym nań uwagi), tym
niemniej bardzo urokliwe. :) Wszelkiego rodzaju marynistyczne wzory
kocham szczerze, więc nie umiałam się opanować, gdy zobaczyłam te
cudeńka. Pozostało tylko dobrać kolor. Blessedly Rich był drugim w
kolejności, który testowałam i na nim poprzestałam. :) Spodobał mi się
tak bardzo, że od razu się na niego zdecydowałam. Następnie opuściłam
sklep w podskokach obawiając się, że popełnię zakupy, na które mnie nie
stać i, że będę musiała do końca miesiąca jeść ogórki kiszone, które
skądinąd bardzo lubię, ale bez przesady.
Opakowanie
jest bardzo malutkie - zawiera zaledwie 4,8 ml produktu. Uważam, że
mimo wysokiej ceny opłaca się nabyć ten błyszczyk, ponieważ jest
szalenie wydajny. Bardzo gęsty, więc dla estetycznego wyglądu nakładam
go bardzo mało - w zasadzie maluję tylko dolną wargę, górna nabiera zaś
koloru wskutek potarcia. Oprócz tego kosmetyk jest wprost nieprzyzwoicie
trwały. Jako, że w windzie mam lustro, a jadę przez 14 pięter, prowadzę
systematyczną obserwację trwałości błyszczyków maści wszelkiej. I tak
na przykład Essence'owe Marble Manie wytrzymują do półtorej godziny,
kiedy to stają się ledwie widoczne, a na ustach zostają w zasadzie same
drobinki. MACzek po półtorej godzinie dopiero zaczyna się rozkręcać! ;) A
poważnie: kosmetyk zostaje na wargach nawet po jednym cyklu, na który
składa się: jedzenie, picie (czy to ze szklanki, czy nawet z butelki) i
palenie (a to paskudnie ściera wszelkiego rodzaju kosmetyki do ust,
błyszczyki zwłaszcza). Jednocześnie nie klei ust, nie zostawia
nieprzyjemnego posmaku, ani uczucia suchości.
Podsumowując: błyszczyk
Blessedly Rich nie należy do tanich, ale jest wart swej ceny. Kolor
jest oszałamiający, a trwałość - zupełnie nie-błyszczykowa, doskonała.
Polecam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















